sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 3 - ,,Zmiany"


Szybkim krokiem zmierzam przez las. Nawet się nie orientuję, kiedy znalazłam się za ogrodzeniem. Wszędzie trwają prace remontowe. Właściwie odbudowywany jest cały dystrykt. Nie ma już typowego Złożyska. W całym dystrykcie budowane są jednakowe domki, żeby każdy mieszkał w takich samych warunkach. Domy są skromne, ale pięknie urządzone. Mają jedno, lub dwa piętra, zależy od rodziny. Za domkami znajdują się ogrody, gdzie mieszkańcy sadzą swoje ulubione kwiaty i drzewa. W środku domek jest pusty, każda rodzina może sobie sama wybrać meble z katalogów, które rozdawane są w Pałacu Sprawiedliwości, a następnie za darmo dowożone z Kapitolu.

Nie ma już nawet Ćwieka. Jego miejsce zajął ogromny, oczywiście legalny, Rynek Główny. Znajdują się tam liczne sklepy, bary i restauracje. Jeden z barów prowadzi Śliska Sae. Jest nawet klub, gdzie można wyjść się pobawić. Ludzie tam tańczą i śpiewają.

Na Rynek został również przeniesiony Pałac Sprawiedliwości, który został całkowicie zmieniony. Jest skromny, ale gustownie urządzony. Coraz częściej zostają zawierane w nim śluby, pewnie dlatego, że po wojnie ludzie są dużo spokojniejsi i nie martwią się o swoją przyszłość. Kompletnie ich nie rozumiem. Przecież zawsze może się coś stać.

Za Rynkiem znajduje się ogromny park. Jest w nim fontanna, gdzie codziennie bawią się dzieci. Jest również dużo drzew, kwiatów i innych roślin. Rodziny często spędzają w nim całe popołudnia.

Również wszystkie szkoły i przedszkola zostały odremontowane. Zostały założone darmowe świetlice oraz obiady. Dzieci nie chodzą już takie wychudzone, teraz zawsze mają co jeść. Trzy razy w tygodniu przyjeżdżają ciężarówki z Kapitolu z jedzeniem, które jest dostarczane do sklepów. Teraz wszystkich na wszystko stać.

Kapitol, jak Kapitol, podobno wcale się nie zmienił. Ludzie ciągle chodzą dziwacznie poprzebierani, pomalowani i nakłuci różnymi breloczkami, czego kompletnie nie rozumiem.

Z Panem zniknęli również Strażnicy Pokoju. Zamiast nich pojawili się mundurowi, którzy pilnują porządku, ale mają zakaz poddawania ludzi karą cielesnym, co chyba każdemu odpowiada.

W każdym dystrykcie wybudowano również szpital, fabrykę leków oraz komisariat mundurowych. Nie wiem skąd taka nazwa, co to w ogóle znaczy ,,komisariat”?

Wbrew wszystkiemu, Paylor jest bardzo dobrym prezydentem. Nie faworyzuje ani Kapitolu, ani żadnego z dystryktów. Pamiętam jak na początku jej sprawowania wybuchały skandale, że teraz to dystrykt ósmy będzie stolicą, bo stamtąd pochodzi pani prezydent. Oczywiście, to tylko tak mówiono, stolicą nadal jest Kapitol.

Kiedyś marzyłam o takim świecie, jaki jest teraz. Spokojny, żeby jedzenia było pod dostatkiem oraz normalnymi władzami. A teraz? Jakoś mało mnie to obchodzi.

Wolnym krokiem dochodzę do Wioski Zwycięzców. Wchodzę do domu, odwieszam kurtkę na wieszak i idę do salonu. W powietrzu unosi się zapach smażonego mięsa i jakiś przypraw, a z kuchni słychać strzępki rozmowy.

- Dawno wyszła? Ile można łazić po lesie!

- Johanno uspokój się. Zaraz powinna przyjść, może poszła coś zapolować.

- Wątpię, zostawiła w szafie łuk.

- Grzebałaś mi w szafie? – śmieję się i opieram o framugę drzwi do kuchni. Przy stole siedzi Johanna, a obok niej stoją cztery walizki. Zaraz…, cztery? Co ona, słonia zabrała ze sobą?

Przy kuchence stoi Sae i najwyraźniej gotuje nam jakiś obiad.

Johanna praktycznie rzuca się na mnie i mocno przytula.

- Dawno cię nie wiedziałam, ciemna maso – śmieje się.

- Już tą ciemną masę mogłaś sobie darować – przewracam oczami – Choć, zaprowadzę cię do twojego pokoju.

Daję Jo pokój obok mojego, z błękitnymi ścianami. Dziewczyna mówi, że się rozpakuje i zaraz zejdzie. Wchodzę do kuchni z zamiarem podziękowania Sae za obiad, ale jej nie zastaję. Podchodzę do garczka i uchylam przykrywkę. W środku
znajduje się rosół, a w piekarniku pieczona kaczka. Ślinka napływa mi do ust, ponieważ wyszłam z domu bez śniadania.
Kiedy Johanna schodzi na dół, obiad już jest naszykowany. Siadamy do stołu.

- To… jak się czujesz? – przerywa ciszę Johanna.

- Dobrze jestem zdrowa, nie choruję, wszy…
- Wiesz, że nie oto mi chodzi- przerywa mi i robi minę typu ,,Mów prawdę, bo pójdę po siekierę”- Powiedz prawdę, jak się trzymasz?

Wzdycham. Wiedziałam, że ta rozmowa mnie nie ominie. Chociaż… Z drugie strony, to Johanna, jej mogę powiedzieć wszystko.

- Zaraz po wojnie nie było za kolorowo, ale jest lepiej. Naprawdę – dodaję na widok jej powątpiewającej miny- A co u ciebie?

- Ach… Oprócz tego, że ciągle boję się zimnej wody i dopiero co wypuszczono mnie z domu wariatów, to nic takiego- wzdycha – A podobno nie kopie się leżącego. Zresztą nie czas na użalanie się nad sobą.

Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że mamy teraz tylko siebie. Jej cała rodzina zginęła, a moja… Cóż, Prim i tata nie żyją, a mama… Mama jest w Czwórce jako ordynator chirurgii, aktualnie nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Chyba po śmierci Prim zapomniała, że ma jeszcze drugą córkę. Rozumiem, że jest jej ciężko, ale ja jeszcze żyję. Tylko ja jej zostałam, a ona się tak po prostu ode mnie odsunęła.

- To kiedy jedziemy? – wyrywa mnie z zamyślenia Jo. Zaraz, ona coś mówiła? Chyba jej nie słuchałam.

- Co? Wybacz, zamyśliłam się.

- Pytałam kiedy jedziemy do Kapitolu – dziewczyna patrzy na mnie jak na wolno myślącą istotę.

- Po co?

- Paylor zwołuje jaką naradę, podobno mają być wszyscy zwycięscy. Trzeba wybrać burmistrzów do dystryktów, sama nie wiem, w każdym bądź razie będą dwa zebrania i bankiet. Na pierwszym pokaże nam kandydatury, a na drugim ich wybierzemy.

- A ten bankiet to po co?- szczerze nienawidzę bankietów. Tam się tylko tańczy, je, rzyga, i znowu je.

- Sama nie wiem, podobno Paylor wszystko wyjaśni na zebraniu. Ale nie rozumiem, czemu akurat my mamy wybierać burmistrzów? Coś mi tu śmierdzi- mówi.

-Może kroi się jakaś grubsza sprawa? Może chodzi o te Igrzyska z udziałem dzieci czy coś? – odpowiadam- To kiedy jest to zebranie?

- Jakby to powiedzieć… Jak rozmawiałyśmy przez telefon, ciągle mi to wypadało z głowy…

- Johanna, ostrzegam cię. Kiedy. Jest. To. Zebranie?

- Jutro- odpowiada i uśmiecha się złośliwie. Jutro? Naprawdę? Nie mogła mi powiedzieć wcześniej? Niewyparzony język to ona może i ma, ale pamięci za grosz.

- Nie wierzę, jak mogłaś zapomnieć mi powiedzieć? Jak się dostaniemy do Kapitolu na jutro? Oszalałaś?! Na którą jest w ogóle to zebranie?

- Na 13:00. Sama nie wiem, jak mogło mi to wylecieć z głowy…– mówi niewzruszona Jo.

- Mniejsza oto. Jak my się tam dostaniemy? Nie zamówiłyśmy poduszkowca…- wzdycham zrezygnowana.

Razem z Johanną kończymy jeść obiad. W czasie kiedy ja zmywam, Johanna zamawia nam transport na 9:00. Po zakończonym zmywaniu udajemy się do Haymitcha i mówimy mu o spotkaniu. O dziwo jest trzeźwy. Umówiliśmy się z nim o 8:30 pod bramą Wioski.

Razem z Johanną postanawiamy się przejść po dystrykcie, ponieważ dziewczyna jest tu po raz pierwszy. Ciągle się śmiejemy i wygłupiamy. Co chwilę zerkam na nią zerkam. Mimo tego wszystkiego co ją spotkało wydaje się zaskakująco pełna życia. Jej ciemne włosy sięgają już za ucho, a blizny są mało widoczne. Znowu stała się piękna, tak samo jak przed Igrzyskami. Ciągle pamiętam jak w windzie zaprezentowała nam swoje CAŁE piękno. Na to wspomnienie uśmiecham się pod nosem.

- O kur… de. – zatrzymuje się i klepie w czoło. Właśnie przechodzimy obok fontanny- Katniss zapomniałyśmy powiedzieć Peecie. Jak będziemy wracały, to do niego zajdziemy.

- Johanna…

-Tak?

- Peety nie ma w Dwunastce – mówię. Peeta zaraz po wojnie przyjechał do Dwunastki, zabrał kilka rzeczy i nie żegnając się, wyleciał do Kapitolu. Rozmawiałam z Haymitchem, który mi powiedział, że chłopak ma badania i dość długo go nie będzie. Jak się później okazało, Peeta został w Kapitolu na dłużej i nie wiadomo kiedy wróci. – Wyjechał do Kapitolu na badania.

- Dawno? Kiedy wraca?

- Wyjechał zaraz po wojnie, ale postanowił jeszcze zostać. Tak mi przynajmniej powiedział Haymitch. Nie wiem, czy już na zawsze tam zostaje.

- Zaraz, zaraz… Czyli ty przez pół roku nie miałaś z nim żadnego kontaktu?

- Jakoś tak wyszło – kręcę głową. To, że nie miałam z nim kontaktu, nie znaczy, że o nim nie myślałam. Ciągle pamiętam jak odganiał moje koszmary, jak mnie wspierał i pocieszał. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pomimo upływu czasu ciągle za nim tęsknię.

- To dobrze, że będzie to zebranie. Nareszcie porozmawiacie.

- Niby o czym? Wojna się skończyła, a z tym nasz granie Nieszczęśliwych Kochanków. Wyjechał do Kapitolu, ja zostałam tutaj, koniec tematu.

- Ale…

-Nie. Nie chcę o tym rozmawiać- ucinam. To zamknięty rozdział mojego życia. Koniec z Igrzyskami, koniec z wojną, koniec z udawaniem. Udawaniem… Właściwie tylko z mojej strony to uczucie było nie prawdziwe. Peeta nigdy nie udawał. Zawsze mnie kochał, uważał że jestem wyjątkowa. Tylko najgorsze jest to, że po osaczeniu zrozumiał, że wcale taka nie jestem. Pamiętam jego słowa w dniu wesela Annie i Finnicka. To wspomnienie na zawsze zostanie w mojej głowie.

- Przede wszystkim chcę na ciebie popatrzeć […] Nie jesteś zbyt wysoka, co? Ani szczególnie ładna […] I wcale nie jesteś miła […]Niezły z ciebie numer, co? […] Na pewno strasznie cię kochałem […] A ty? Kochałaś mnie?

Chciałam mu odpowiedzieć, że tak, kochałam. Że to właśnie on pomagał mi przetrwać. Że to on mnie uspokajał, całował i powoli, małymi krokami sprawił, że się w nim zakochałam. Ale nie mogłam. Nie po tym, co mu zrobili w Kapitolu. On już mnie nie chciał. Brzydził się mną. Nienawidził mnie.

W pełni go rozumiałam.

Bo miał rację.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej kochani! Już trzeci wpis za nami! Ja się z tego powodu bardzo cieszę, a Wy? :DDD
Mam dzisiaj naprawdę bardzo dobry humor :)
Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla Was ciekawszy, niż poprzedni i będzie miał więcej komentarzy ^^ Szczerze... Jestem z tego rozdziału naprawdę dumna. No może nie z całego, ale z końcówki... Podoba mi się. Ale to tylko moje zdanie ^^
Zapraszam do czytania i komentowania. Wasze komentarze są naprawdę motywujące! Do środy kochani ;)
Viks

środa, 24 lutego 2016

Rozdział 2 - ,,Przyjaciel"

Budzę się z krzykiem. Ten koszmar, był jednym z najgorszych, jakich doświadczyłam. A trochę ich było. Jeszcze chwilę uspokajam oddech, pozwalając się porwać myślą.

Jak co noc, męczyły mnie upiorne sny. Ale ten… Owszem, często śniła mi się Prim, ale zawsze chciała pomóc mi lub innym. Czasami nawiedzała mnie też jej śmierć, ale nigdy coś takiego. Przecież Prim była małą, delikatną i zawsze pomocną dziewczynką, a później kobietą. Na widok przeszytego strzałą zwierzaka, płakała i prosiła, aby go uleczyć. Gdy ktoś był ranny, zawsze pomagała mamie, a ja jak zawsze czułam dumę, że robiła to, na co ja nie miałam odwagi. Nie znosiłam widoku ran, krwi i cierpienia, ale moja młodsza siostra nigdy się nie wahała. Zawsze, ze wszystkich sił, chciała pomóc mamie.

Czuję, że nieprzyjemne myśli zaczynają mnie pochłaniać. Łzy niebezpiecznie wzbierają w moich oczach, więc wstaję i podążam do łazienki. W końcu nie wytrzymuję, ciepłe strumienie mieszają się z moimi łzami. Powoli, moje mięśnie się odprężają.

Nie wiem, ile tak stoję, ale w końcu zakręcam kurek i wychodzę z prysznica. Zdejmuję z wieszaka miękki, frotowy szlafrok, który przywiozłam tu z Kapitolu. Powoli pochodzę do lustra.

W szklanym odbiciu widzę osobę, która na swoich barkach nosiła więcej, niż była w stanie. Nie wyglądam wcale na siedemnaście ,prawie osiemnaście lat, ale na dużo starszą. Moje brązowe, mętne włosy, które uległy podpaleniu, teraz sięgają mi za klatkę piersiową. Szare, lekko podkrążone oraz pozbawione dawnego blasku oczy, mętnie spoglądają w lustro. Mam bladą cerę oraz wychudzone ciało. Przed igrzyskami oceniłabym swój wygląd na ,,znośny”, a teraz nawet tego nie mogę o sobie powiedzieć.

Wzdycham. Nie żebym chciała być nie wiadomo jak ładna, zresztą mało mnie to obchodzi, po prostu nie chcę odstraszać ludzi. Biorę szczotkę i rozczesuję włosy, a następnie zaplatam je w warkocz.

Podchodzę o szafy , wyjmuję czarne legginsy, zieloną bluzkę na ramiączka i szarą bluzę. To już marzec, więc na dworze jest jeszcze dość chłodno. Wyglądam przez okno i wizę, że słońce dopiero co wschodzi.

Schodzę do kuchni i omiatam ją wzrokiem. Panuje tu nienaganny porządek, ale nie dlatego, że sprzątam, tylko po prostu tu nie przebywam. Często jem u Śliskiej Sae w jej barze lub ona tu przychodzi, coś gotuje i sprząta. Jestem jej wdzięczna, mimo że jej tego nie mówię. W głębi duszy wiem, że moja mama ją poprosiła, aby do mnie zaglądała i mi pomagała.

Wychodzę do przedpokoju i zarzucam myśliwską kurtkę mojego taty. Łuku nawet nie wyjmuję z szafy, wiem, że i tak nic bym nie ustrzeliła. Celne oko mam ciągle, ale wystarczająco ludzi pozbawiłam życia, nie chcę mieć jeszcze zwierząt na sumieniu. Wiem, że takie myślenie jest dość dziecinne, ale nic na to nie poradzę. Na myśl o zabiciu kogokolwiek przechodzą mnie dreszcze.

Droga do lasu nie trwa za długo, a może po prostu byłam tak zamyślona. Spoglądam na to miejsce, z którym wiąże się tyle wspomnień. Pierwsze polowanie z tatą, pierwsza zastawiona pułapka. Wspólne wygłupy i pływanie w jeziorze. Wszystko w jednej chwili do mnie wraca. Ruszam żwawym krokiem w kierunku miejsca, w którym czułam się szczęśliwa. W miejsce, gdzie przeżyłam tyle wspaniałych chwil…

Gdy docieram do ,,naszej” skały, słońce już dawno zawisło między chmurami. Siadam na zimnym kamieniu, omiatając wzrokiem okolicę. Przede mną rozciąga się krajobraz leśny. Liczne drzewa i krzaki zlewają się w morze zieleni. Uwielbiam ten widok, zawsze napełnia mnie on szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa. Po mojej lewej stronie rozciągają się drzewa, a po prawej jest kawałek polanki z krzakami. Szczególną uwagę zwracam na jedno, a mianowicie te, na którym rosną jeżyny.

Przed oczami znów mam tą scenę.

W lesie czeka jedyna osoba, przy której mogę być sobą. Gale. Czuję, jak mięśnie twarzy mi się rozluźniają, jak przyśpiesza tętno, gdy wspinam się do naszej kryjówki, półki skalnej z widokiem na dolinę. Gęstwina jeżyn chroni to miejsce przed wzrokiem niepowołanych. Na widok Gale’a odruchowo się uśmiecham. Twierdzi, że zdarza mi się to tylko w lesie.
- Hej, Kotna – wita mnie. Tak naprawdę mam na imię Katniss, ale kiedyś, gdy mu się przedstawiłam, mówiłam ledwie słyszalnym szeptem, i uznał, że nazywają mnie Kotna. Potem jakiś stuknięty ryś zaczął za mną łazić po całym lesie i przezwisko przylgnęło do mnie na dobre. W sumie rysiowi chodziło tylko o ochłapy mięsa, ale i tak musiałam go zabić, bo płoszył zwierzynę. Nawet żałowałam, bo przywykłam do jego towarzystwa.
- Patrz, co upolowałem – Gale podnosi bochen chleba przebity strzałą, a ja się śmieję. To najprawdziwszy chleb z piekarni, a nie płaski, zakalcowaty placek z przydziały zbożowego. Biorę go w ręce, wyciągam strzałę i przysuwam nos do dziury w skórce. Wdycham aromat, od którego ślina napływa mi do ust. Chleb taki dobry jak ten jest na wyjątkowe okazje.
- Mhm, jeszcze ciepły – mówię. Gale musiał bladym świtem zjawić się w piekarni na wymianę. – Ile cię kosztował?
- Tylko wiewiórkę. Tego ranka staruszek się chyba rozkleił – wyjaśnia. – Nawet życzył mi szczęścia.
- Dzisiaj wszyscy czujemy się sobie nico bliżsi – zauważam, i nawet nie chce mi się przewrócić oczami. – Prim zostawiła nam ser. – Wyciągam pakunek.
Na ten widok Gale się rozpromienia.
- Dzięki, Prim. To będzie prawdziwa uczta. – Nieoczekiwanie zaczyna mówić kapitolińskim akcentem i udaje Effie Trinket, przesadnie rozentuzjowaną kobietę, która pojawia się raz w roku, aby odczytać nazwiska podczas dożynek. – Niemal zapomniałem! Wesołych Głodowych Igrzysk! – Zrywa kilka jeżyn z krzewów blisko nas. – I niech los… - Wysokim łukiem rzuca jedną z nich w moją stronę.
Chwytam ją w usta i rozgryzam delikatną skórkę. Słodko kwaśny sok tryska mi na język.
- ..zawsze wam sprzyja! – kończę równie entuzjastycznie. Musimy żartować, inaczej zwariowalibyśmy ze strachu. Poza tym kapitoliński akcent jest taki efektowny, że cokolwiek się powie, brzmi śmiesznie.


Gdy odtwarzam to wspomnienie, mimowolnie wzdycham w duchu. Ile ja bym dała, aby móc cofnąć się w czasie. Kiedy jeszcze nie uczestniczyłam w Igrzyskach, w wojnie i kiedy jeszcze miałam Gale’a.

Na myśl o nim, coś skręca mnie w żołądku. Jego już nie ma i nigdy już nie wróci. Teraz jest w dwójce, rozkręca jakiś program, podobno ciągle jest w telewizji. ,,Podobno”, ponieważ sama jej nie oglądam. Nie mogę mu wybaczyć, że to zrobił. Nawet nie chodzi o Prim. Dopiero teraz zrozumiałam, że nigdy nie był moim przyjacielem. Bo gdyby był, czy zostawiłby mnie na pastwę losu? Nie odzywa się, nie pisze, ani nie dzwoni. Chociaż szczerze mówiąc już po moich Igrzyskach zaczęliśmy się od siebie oddalać. Tylko je mogę winić za rozpad naszej przyjaźni. I w sumie siebie samą.

Kopię mały kamyk, który przemieszcza się o kilka centymetrów. Wzdycham. Muszę się zacząć zbierać, wolę być w domu, kiedy przyleci Johanna. Ma ze mną zamieszkać, podobno to poprawi jej stan psychiczny. Na jej nieszczęście ciągle przebywa w zakładzie dla ,,lekko szurniętych”, jak ja to nazywam. Zamknęli ją tam zaraz po wojnie. To właśnie dzięki niej stałyśmy się dla siebie jak siostry. Kto by pomyślał, Johanna Mason, zwyciężczyni 71 Głodowych Igrzysk stanie się mi tak bliska?

Poznałyśmy się na trzecim Ćwierćwieczu Poskromienia. Wtedy szczerze ją nienawidziłam, zresztą z wzajemnością. Dopiero po tym, jak została sprowadzona do 13 Dystryktu razem z Peetą, po torturach w Kapitolu, zaczęłam ją tolerować. Z czasem się polubiłyśmy, zaczęłyśmy razem trenować i tak między nami wyrosła jakaś więź. Lecz zaraz po wojnie została umieszczona w tym okropnym, bezuczuciowym zakładzie. Ale mimo tego nadal utrzymujemy za sobą kontakt. Piszemy, dzwonimy, przeważnie milczymy. Wiem, że to zarówno mi, jak i jej to pomaga, chociaż nigdy się do tego nie przyzna. Nie lubi mówić o uczuciach, przynajmniej w tym temacie się zgadzamy.

Uśmiecham się na myśl, że mamy razem zamieszkać. To oczywiste, że będziemy się kłócić, ale w głębi ducha obecnie tylko ona mnie rozumie. Tylko ona utrzymuje ze mną kontakt, nie pozwalając mi na całkowite załamanie, oczywiście nie licząc Śliskiej Sae i Haymitcha. Zresztą on się chyba nie liczy, i tak ciągle pije u siebie w domu. Czasami wpadnie, popatrzy jak gapię się w ogień, poklepie mnie po ramieniu i wyjdzie. Innymi słowy: raz na jakiś czas sprawdza czy żyję. A ja, nawet tego, jak już wszystkiego w życiu, nie jestem do końca pewna.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam ponownie kochani czytelnicy! Jak w szkole? Ktoś ma dużo sprawdzianów, bo czekają go jakieś egzaminy? (Tak jak w moim przypadku :) )
Dziś mam dla Was dwie wiadomości: dobrą i złą.
Zacznę od tej złej. Cóż... Rozdział nie powala, wręcz zanudza, wiem. Po prostu chciałam jakoś wyprostować sprawę z Gale'm, a kompletnie nie miałam na to pomysłu, więc wyszło jak wyszło.
Lecz jest i dobra wiadomość! W następnym wpisie pojawi się już akcja, więc nie będzie nudno ;)Przynajmniej mam taką nadzieję... :DD
Jest jeszcze jedna wiadomość. Zrobiłam niedawno ,,Spis treści", ale nie wiem, czy słusznie. Bo aktualnie na moim blogu jest i ,,Spis treści" i ,,Archiwum bloga". To które mam usunąć? A może zostawić tak jak jest?
A i chciałam wam serdecznie podziękować! Poprzedni post skomentowało aż 8 osób, a wyświetleń jest już 500, co naprawdę mnie cieszy! Mam nadzieję, że aktywność nie spadnie kochani :)
Więc jeszcze raz przepraszam za trochę nudnawy post, następny będzie lepszy!
A zatem zapraszam do czytania i oczywiście komentowania! :*
Viks
PS. Przypominam o ankiecie :D




niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział 1 - ,,Siostrzyczko"


Otwieram oczy. Ból jest porażający, rozchodzi się od szyi przez kręgosłup, kończąc na kości ogonowej. Nie pamiętam jak się tu znalazłam, przecież wiem, że spałam na kanapie w salonie mojego domu w Wiosce Zwycięzców. Może znowu mam halucynacje po lekach zlecanych przez doktora Aureliusa?

Rozglądam się dookoła. Wszędzie widać mgłę, jakby szary dym zmieszany z pyłem węglowym. Ostrożnie próbuję wstać, ale ból uniemożliwia mi to, więc padam z powrotem na kolana.

Słyszę wystrzał z armaty, identyczny jak ten na arenie. Potem kolejny, i następny. Jest ich tyle, że tracę rachubę i przestaję je liczyć. Ziemia nagle zaczyna się trząść, a przez mgłę widzę czarne pociski na niebie. W tej samej chwili orientuję się, że to są bomby, które spadają z nieba. Uderzają w glebę, poddając ją turbulencją, ale jakimś cudem omijają mnie. Widzę mgłę, słyszę wystrzały armat i huki spadających bomb.

Nagle wszystko cichnie, ale poświta nie opada. W oddali słyszę kroki, ale są tak znajome, że przerażenie, które jeszcze chwilą władało moim sercem, powoli je opuszcza.

-Katniss!- słyszę jak mnie woła – Katniss!

- Peeta..- chcę krzyknąć, powiedzieć mu, że nic mi nie jest, ale z moich ust wydobywa się bliżej nie określony dźwięk.

Słyszę tupot stóp, jakby kilka osób najwyraźniej biegło w moją stronę.

- I co, znalazłeś ją?- tym razem słyszę zdenerwowany głos Prim.

- Nie, wołam ją, ale najwyraźniej jest nieprzytomna lub…- Peeta nie kończy, a ja widzę myślami jak spuszcza głowę i przeczesuje rękami włosy.

- Nie możemy tak myśleć, ona nigdy się nie poddaje- mówi zdenerwowany głos Finnicka, tak różny od tego, którym mówił do mnie na paradzie trybutów- Rozdzielmy się. Peeta, Boggs, Prim, Homes i ja na tą stronę, a Jackson, Leeg Jeden, Leeg Dwa, Messalla, Mitchell i Castor w przeciwną.

Słyszę słowa aprobaty i głosy milkną. Ciekawe, co tu robi moja Drużyna Gwiazd, moja siostra i Peeta. Szukają mnie, fakt, ale co się stało? Było bombardowanie? Jest wojna? Przecież ona skończyła się już pół roku temu, a obecni tu ludzie nie żyją! No, może z wyjątkiem Peety. Powoli otwieram oczy.

- Mamy ją! – krzyczy Homes i uśmiecha się do mnie blado. Bierze mnie pod pachy i stawia mnie na nogi. Głośno krzyczę, ból jest tak duży, że przesłania mi wzrok, ale nic sobie z tego nie robi. Opiera mnie o jakiś słup, ręce związuje nad głową i puszcza. Moje ciało momentalnie traci równowagę, co kończy się na tym, że siedzę na zimnym betonie, przywiązana do metalowej konstrukcji. Kręgosłup boli mnie niemiłosiernie, ale nikt nie reaguje na moje wrzaski. Powoli się uspokajam, ale łzy z zaciśniętych oczu ciągle płyną, gdy je rozchylam. Przed sobą widzę moją drużynę i Prim, a za nimi jakiś tłum bliżej nie określonych ludzi.

- O co tu chodzi? – próbuję coś powiedzieć, ale z mojego gardła ponownie wydobywa się jakiś skrzek.

- Nasz Kosogłos stracił głos? Jak przykro..- cedzi Messalla, a wszyscy wybuchają śmiechem. Wszyscy, oprócz Peety i Prim, która leniwie bawi się nożem, oparta o jakieś drzewo. Zaraz, zaraz skąd Prim na nóż? I czemu tam z nimi stoi, czemu mi nie pomoże? Właśnie chcę jej coś powiedzieć, ale w tym samym czasie podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się drwiąco.

- I co teraz, siostrzyczko? Jesteś sama, taka bezbronna… A tu każdy ma broń. Teraz nie jesteś taka odważna, co? – syczy i podchodzi bliżej. Jestem coraz bardziej przerażona. Co oni zrobili z moją małą Prim? Kim ona jest, czemu mi grozi? Przecież moja mała kaczuszka nigdy się tak nie zachowywała.

Kuca przede mną i przejeżdża ostrzem noża po moim policzku.

- Wiesz, jak to jest, kiedy płoniesz? Kiedy spada na ciebie bomba, a ty nie masz się gdzie podziać? Nie, jasne że nie wiesz. Przecież to nie ty zginęłaś w męczarniach – warczy coraz bardziej wściekła. Za nią dostrzegam jakiś ruch, moja drużyna najwyraźniej coś sobie podaje, widzę jakiś blask, ale Prim skutecznie zasłania mi widok – Wiesz, mam zamiar ci podziękować. Odpłacić się tym samym, co ja przeżyłam. Chcę, abyś poczuła to samo piekło, ten sam żar. I nie tylko ja. Jak sądzisz, czemu w twojej drużynie, która mi towarzyszy nie ma Cressidy i Polluksa? Bo oni żyją… A wszyscy, którzy stoją przed tobą, łącznie ze mną są martwi. Ty nas zabiłaś! To twoja wina, więc mi ci się zaraz pięknie odpłacimy.

- Peeta…- szepczę, mają nadzieję, że chociaż on mnie wyciągnie z tego koszmaru. Ale on nie reaguje, tylko stoi obok nich ze smutną miną.

- Ach, zapomniałabym. Peeta jako jedyny jeszcze nie zginął z twojej ręki, ale jest tu z nami, bo uważałam, że gdyby nie koniec wojny i tak byś się do tego posunęła- śmieje się Prim, źle interpretując mój szept- Ale koniec mówienia, czas działać. Miłej podróży do zaświatów, siostrzyczko…- szepcze i wbija nóż wprost w mój brzuch.

I nagle wszystko staje się jasne. Już wiem, co podawała sobie moja drużyna. Wiem, co mi błysnęło.

Rozumiem to w chwili, kiedy moja drużyna zrzuca na mnie płonące pochodnie.

Ciemność.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, kochani! Pierwszy wpis już za nami. Nie spodziewam się na razie komentarzy, przecież to dopiero pierwszy rozdział. Ale jakby ktoś to jednak przeczytał, to serdecznie proszę o komentarz. Co sądzicie o blogu? Jak Wam się podobał pierwszy wpis?
Jeszcze jedna ważna informacja. Obok wpisu pisze, że nowe notki będą się pojawiały w środę i sobotę, a dziś jest niedziela, więc o co chodzi? Już tłumaczę. Zakładałam wczoraj bloga i po prostu już się nie wyrobiłam, żeby wstawić. Jednak następna notka w środę.
Viks
PS. Zapraszam do udziału w ankiecie.