środa, 30 marca 2016

Rozdział 10 - ,,Rzemyczek"

Jest taka piękna… Idealnie pasuje na moją dłoń, jakby była stworzona specjalnie dla mnie. Ma centymetr szerokości. Tworzą ją delikatne brązowe rzemyczki, które delikatnie się splatają, jednocześnie przyczepiona jest do nich malutka, złota tabliczka z napisem ,,Razem? ~ Razem.” Jest prosta i sama nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z lasem oraz jagodami na arenie. To właśnie wtedy podjęliśmy decyzję, że zjemy jagody. Razem. Odpinam ją z dłoni i kładę na poduszkę.

Podnoszę się z łóżka i podchodzę do szafy. Wyjmuję z niej moją walizkę, a z niej kuferek. Jest on drewniany i ma metalowy zameczek, który wystarczy podnieść, oby otworzyć pudełko. Drewniany kuferek jest cały brązowy, tylko na klapie widnieje pochyły napis ,,To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia”*. Znalazłam ten przedmiot pół roku temu, na naszym strychu. Należał kiedyś do mamy, nie wiem skąd go ma, ale uznałam, że idealnie nada się do moich celów.
Wracam z powrotem na łóżko i otwieram pojemnik. Znajdują się w nim jedyne przedmioty, które mają dla mnie jakikolwiek sens.

Broszka, którą podarowała mi Madge, a która później stała się symbolem buntu i wolności.

Perła, którą dostałam od Peety na Trzecim Ćwierćwieczu. To ona pomagała mi przetrwać podczas wojny i po niej. Dzięki niej miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do mnie mój dawny chłopiec z chlebem.

Medalion, w którym znajdują się trzy miejsca na fotografie, a zapełnione jest tylko jedno. Kiedy dostałam ten naszyjnik od blondyna, znajdowały się w nim trzy zdjęcia – mamy, Prim i Gale’a. Teraz widnieje tam tylko moja mała siostrzyczka, bo tylko ona mi została. Co z tego, że w moim sercu? To właśnie ją przez całe życie kochałam i kocham nadal. Gale? Mama? Zostawili mnie. Jasno dali mi do zrozumienia, że wyrzucili mnie ze swojego serca. Mi nie pozostało nic innego, jak uczynić to samo.

Potrząsam głową, sądząc, że w ten sposób pozbędę się ponurych myśli. Broszka, perła i medalion... Do tego zestawu dołącza teraz ten piękny rzemyczek, ta piękna bransoletka, która upamiętnia dzień, od którego wszystko się zaczęło. Uśmiecham się na wspomnienie chwili sprzed trzech dni.

Spacerujemy już od paru godzin, ciągle się wygłupiając. Właśnie przechodzimy obok fontanny, kiedy Peeta łapie mnie za rękę i sadza na jej brzegu. Patrzę na niego zdziwiona i jednocześnie ucieszona.

- Coś się stało? – pytam.

- Nie… Po prostu chciałem ci podziękować. Za wczoraj. Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Potrzebowałem tego, chciałem wiedzieć, na czym stoimy – mówi delikatnie, patrząc spod sowich długich, jasnych rzęs.

- Nie dziękuj, nie masz za co. A jak widać, jesteśmy na dobrej drodze – mówię, wskazując na nasze złączone dłonie.
Peeta podnosi na mnie wzrok, delikatnie się uśmiecha i pochyla w moim kierunku. Delikatnie zamykam oczy…

- Aaaa! Peeta! – w jednej chwili lądujemy w wodzie. Śmiejemy się głośno, a prawie wszystkie osoby z parku patrzą na nas i sami się śmieją.

- No co? To nie ja! – chłopak głośno się śmieje, pluskając mnie wodą.

- Tak, jasne! To nie ty mnie wrzuciłeś do wody?! I nie ty mnie teraz chlapiesz?!

- Nie, to… Haymitch – Peeta robi minę niewiniątka.

- Tak? To gdzie on jest? Bo jakoś go nie widzę – staram się brzmieć groźnie, ale chyba mi nie wychodzi, bo Peeta i parę innych osób wybuchają śmiechem.

- Bo widzisz kocha… Katniss, Haymitch nagle wyparował – mówi trochę speszony Peeta, ale za chwilę ponownie się uśmiecha.

Wychodzimy z wody, lecz jak się spodziewałam, nie została na nas sucha nitka. Postanawiamy się przejść i po drodze wyschnąć, bo pomimo tego, że jest marzec, w Kapitolu jest dość gorąco.

Chodzimy jeszcze kilka godzin, aż wreszcie postanawiamy coś zjeść. Wchodzimy do pobliskiej knajpki i zamawiamy jakieś dania. Po skończonym posiłku Peeta wyciąga z kieszeni malutkie, brązowe pudełeczko.

- Jeszcze chwila, a zupełnie bym o niej zapomniał. To dla ciebie – uśmiecha się lekko i podaje mi przedmiot.

- Z jakiej to okazji? – pytam i podnoszę pudełko.

- Taki drobiazg na zgodę.

Moim oczom ukazuje się owa, przepiękna bransoletka, którą nazywałam rzemyczkiem. Zaparło mi dech i nie wiem co powiedzieć.

- Ja… Skąd? – udaje mi się wyszeptać.

- Byłem ostatnio w Dziesiątce i udałem się na tamtejszy targ. Na jego samym końcu znalazłem starszą panią, która śpiewała ,,Drzewo Wisielców”. Na mój widok ucichła i zaczęła mi się przyglądać. Potem podała mi ten rzemyk i powiedziała jakieś słowa, których nie zrozumiałem. Potem znowu zamilkła i podała mi ten rzemyk, szepcząc ,,wiesz co z tym zrobić”. Popatrzyłem na ten niewielki drobiazg i w mojej głowie od razu pojawiła się myśl, że powinienem ci to dać.

- Dziękuję, jest przepiękna i ja po prostu nie wiem, co po…

- Nie musisz dziękować – Peeta łapie mnie za dłoń i delikatnie ściska, dając mi zarazem wsparcie i poczucie zrozumienia. I za to jestem mu wdzięczna.


Resztę dnia oraz trzy pozostałe również spędziliśmy razem. On tak świetnie mnie rozumie. Chyba jak nikt inny do tej pory. Rozmawiamy prawie o wszystkim, od wspomnień, po teraźniejszość. Omawiamy sprawy smutne, wywołujące łzy na naszych twarzach, jak zarazem te wesołe, które sprawiają, że na naszych ustach zakwita uśmiech.

Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale lubię te rozmowy. Co więcej, wiem, że były mi one potrzebne. Teraz o wiele lepiej rozumiemy się z Peetą, jest między nami ta… Przyjaźń? Chyba tak mogę określić relację, która nas łączy. Ufamy sobie, spędzamy razem czas i doskonale się rozumiemy. Czasami mam ochotę po prostu się do niego przytulić, ale nie wiem, czy by tego chciał. Może jest jeszcze za wcześnie?

Z zamyślenia wyrywa mnie natarczywe pukanie do drzwi. Szybko chowam rzemyczek do kuferka i wkładam do walizki, którą upycham w szafie. Siadam na łóżku, podwijając kolana pod brodę.

- Proszę.

- No nareszcie! – wchodzi Johanna – Ile jeszcze miałam tam sterczeć?

- Tyle ile by było trzeba – stwierdzam i szeroko się uśmiecham, na co Jo wywraca oczami.

- Ostatnio nie rozmawiamy, całe cztery dni spędziłaś tylko z Peetą.

- Wiem, ale… Po prostu musieliśmy sobie wyjaśnić pewne sprawy, ale dzisiaj jestem cała do twojej dyspozycji.

- Dobrze. A… Jak między tobą, a Peetą? – pyta Johanna, lekko trącając mnie w ramię.

- Chyba dobrze, stoimy na… Przyjaźni – mówię i delikatnie się rumienię.

- Od niej wszystko się zaczyna – odpowiada zamyślona.

- Mam taką nadzieję.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* ,,To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia” – Jonathan Carroll

Hej moi kochani czytelnicy! Przybywam do Was z nowym rozdziałem po dłuugiej przerwie, nazywanej przez innych świętami :") I jak po Wielkanocy? Święta udane? Mam nadzieję, że tak :)
Wiem, post nie był jakiś nie wiadomo jaki, ale, ale...! Na sobotę mam przyszykowanego coś wyjątkowego... ****
I jak Wam się podoba nowy wygląd bloga? Bo na razie usłyszałam tylko jedną opinię na ten temat, a chcę wiedzieć, co inni o tym sądzą ;)
Dodałam gadżet obserwatorzy, więc teraz większość z Was może być na bieżąco z nowymi rozdziałami :))
A i mam jeszcze do Was pewne pytanie. Chcecie, abym stworzyła pasek u góry z piosenkami? Większkość pewnie wie o co chodzi. Jak tak, to wie ktoś może, jak stworzyć playlistę z piosenkami w pasku u góry? Bo głowię się i nie mogę tego ogarnąć. :")
Z ogłoszeń to chyba tyle :)
Do soboty, kochani! <3
Viks

sobota, 26 marca 2016

Nowa stronka

Witajcie kochani :)
Aby wynagrodzić Wam brak notki i zrobić mały prezent na Wielkanoc w pasku u góry czeka na Was nowa strona - ,,Bohaterowie" ;) Zapraszam Was do zajrzenia na nią i wyrażenia w komentarzu (pod tym postem lub na nowej stronce) co o niej sądzicie.
Mam nadzieję, że takie prezent od ,,zajączka" się Wam podoba! :)

Do środy, moi drodzy! ^^
Viks


środa, 23 marca 2016

Post informacyjny

INFORMACJA

Witajcie kochani. Czemu przychodzę dzisiaj do Was z ,,Postem informacyjnym", a nie nowym rozdziałem? Przecież jest środa, więc o co chodzi?
Już tłumaczę. Otóż poprzedni rozdział skomentowało tylko 5 osób. Hmm... To dużo? Mało? Moim zdaniem bardzo mało. Ale nic, miałam zamiar zacisnąć zęby i dodać dzisiaj nowy wpis. Jednak, kiedy weszłam na bloga i wróciłam po godzinie, przybyło aż 100 wyświetleń. Bardzo się ucieszyłam, myślałam, że będzie może z 3 nowe komentarze, a co widzę? Nic.
Naprawdę, bardzo mnie to zasmuciło. Czemu są wyświetlenia ( chociaż w ostatnim czasie i one spadły), a komentarzy tak mało? Oczywiście w porównaniu do poprzednich wpisów.
Co postanawiam? W tym tygodniu nie będzie już notki, ponieważ dzisiaj nie dodałam z powodów wymienionych wcześniej, a w sobotę są święta.
Kolejna notka ukaże się w przyszłą środę, za równy tydzień ( 30.03.2016r.)
Kochani, naprawdę liczę na to, że za tydzień jak będę dodawała notkę, pod 9 wpisem przybędzie komentarzy. Wydawało mi się, że to był naprawdę ciekawy rozdział, a jednak myliłam się...

ŻYCZENIA WIELKANOCNE

A teraz ta przyjemniejsza część dzisiejszego wpisu, czyli życzenia!
Kochani, życzę Wam spokojnych, radosnych i wesołych świąt, spędzonych w gronie rodzinnym! Aby te święta były przez Was wspominane jak najlepiej, życzę Wam:
- weny dla wszystkich
- szczęścia
- radości
- uśmiechu na twarzy
- mokrego lanego ;)
- smacznego jajka
- i czego sobie wymarzycie
 A na poprawę humoru, wesołe wierszyki:

~ Oby zdrowie dopisało i jajeczko smakowało, by szyneczka nie tuczyła, atmosfera była miła, a zajączek uśmiechnięty - przyniósł wreszcie te prezenty!

~ Wszystkiego dobrego, jajka wielkiego, malowanego, zielonej łączki, na której zajączki jedzą makowce i pasa owce! 

~ Pomaleńku, przez podwórze idą dzieci kurze. W kropki, w ciapki, malowanki, bo to miały być pisanki!

Do środy i jeszcze raz Wesołych Świąt Trybuci! ♥
Viks



 
 
 
 
 

sobota, 19 marca 2016

Rozdział 9 - ,,Od nowa"

Patrzę na Peetę i delikatnie mrugam. Po chwili milczenia wreszcie się odzywa.

- Przepraszam – szepcze i zamyka oczy, jakby bał się odpowiedzi.

- Ale… Za co? – jestem trochę zdezorientowana. Przecież to ja miałam go przeprosić, a nie on mnie.

Peeta złapał mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Usiedliśmy na kanapie, a on dalej trzymając moje dłonie w swoich przemówił cichym głosem.

- Za wszystko. Za to, że po wojnie cię zostawiłem. Za to, że wyjechałem i zupełnie się tobą nie interesowałem Za to, że cię nie wspierałem po stracie Prim… - moje oczy wilgotnieją, ale Peeta nie przerywa – Za to, że byłem tym potwornym zmiechem i wszystko zniszczyłem. Ale nie chciałem, uwierz mi. Naprawdę, nie chciałem. Sądziłem, że tak będzie dla ciebie lepiej, że wolisz mnie nie widzieć. Myślałem, że chcesz żyć teraz sama, nareszcie wolna… Wiem, że się myliłem. Dopiero teraz to rozumiem. A wiesz co jest najgorsze? Że nigdy nie było dla nas szansy. Nigdy, ani cienia szansy, na cokolwiek. Te Igrzyska… One wszystko zniszczyły. Nie znaliśmy się, a nagle musieliśmy udawać miłość, z czego moja była prawdziwa. Potem udawaliśmy, że się nie znamy, a jak przyszła pora na kolejny koszmar, byliśmy gotowi zginąć dla siebie nawzajem. I nagle wojna, na której już nic nie było takie same… A gdzie czas na poznanie się? Wiemy o sobie tyle co nic, prawie nigdy poważnie nie rozmawialiśmy, nie zdążyliśmy poznać się. Nie było czasu na przyjaźń, a co dopiero na miłość.

Jestem zszokowana. Peeta… Powiedział to wszystko co chciałam powiedzieć i ja, ale on ubrał to w piękne słowa i takie… Prawdziwe.

- Masz rację… Wszystko to, co powiedziałeś o nas, to prawda. To wszystko działo się tak szybko… Nie mieliśmy dla siebie czasu. Jednak, nie we wszystkim się z tobą zgodzę. Ty masz do siebie żal, że mnie zostawiłeś? Że mi nie pomogłeś? Przecież to ja cię zostawiłam i to ja ci nie pomogłam! A jak wróciłeś z Kapitolu? Jak ja się wtedy zachowałam? Nie pomogłam ci, nie wspierałam cię. Gdybym wtedy postąpiła inaczej, może szybciej byś wyzdrowiał i teraz nie rozmawialibyśmy…

- Jak miałaś mi pomóc? Przecież wtedy cię nienawidziłem! Uważałam, że jesteś zmiechem i chciałem cię zabić, a ty masz do siebie pretensje, że mi nie pomogłaś?

- To działa w dwie strony.

- To znaczy?

- Mamy do siebie pretensje w sprawach, na które nie mieliśmy żadnego wpływu.

- Więc czemu przepraszamy siebie nawzajem? Katniss, ja tak nie mogę. Mam wyrzuty sumienia, że cię nie wspierałem, jednocześnie nie mogę znieść, że ty masz żal do siebie samej. Musimy przebaczyć sobie nawzajem, bo w głębi duszy wiemy, że mamy do siebie żal.

Patrzę na Peetę oniemiała. Tak bardzo tego chcę. Chcę mu przebaczyć, i chcę przebaczyć sobie. I wiem, że to możliwe. Bo mu ufam. Zawsze mu ufałam.

- Zacznijmy od nowa. Wyrzućmy z pamięci złe wspomnienia i zacznijmy naszą znajomość od nowa. Na nowo poznajmy się i zaprzyjaźnijmy. Jak się poznamy, to może zostaniemy chociaż przyjaciółmi – szepcze, a jego głos jest przepełniony nadzieją i jakby skruchą.

- Dobrze… Może nawet przyjdzie czas na coś więcej? – pytam niepewnie, po raz kolejny uświadamiając sobie, jaka jestem beznadziejna w wyrażaniu uczuć.

Twarz Peety rozciąga się w uśmiechu, co powoduje, że i ja się uśmiecham. Bierze mnie na ręce i kręci się ze mną wokoło, na co reaguję śmiechem. Ponownie wychodzimy na taras i siadamy na rozłożonym przez blondyna kocu.

Jestem taka szczęśliwa, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Czuję się, jakbym zrzuciła z siebie ciężar, który dźwigałam od pół roku, a nawet i dawniej. Wreszcie zaczniemy wszystko od nowa. Znaczy… Będziemy pamiętać o przeszłości, przecież nie możemy zapomnieć. Ale po prostu przestaniemy ją tak rozpamiętywać, zajmiemy się tym, co jest tu i teraz.

Przez prawie całą noc rozmawiamy. Rozmawiamy o Igrzyskach, o wojnie. O torturach i moim odosobnieniu w ośrodku, w którym mnie zamknęli po zabiciu Coin. Kiedy Peeta opowiada o osaczeniu, nie kryję łez. Nie mam pojęcia, jak można mu było coś takiego zrobić, jak komukolwiek można było coś takiego zrobić. Przecież to nieludzkie, nie wyobrażałam sobie, że ktoś był do czegoś takiego zdolny. Widzę też, że Peecie niełatwo o tym mówić i wcale mu się nie dziwię.

Tematy się nam nie kończą. Peeta pyta jak sobie radzę ze stratą Prim, Gale’a, mamy… Opowiadam mu wszystko, całą prawdę. Ból po utracie Prim nigdy nie zniknie, tak samo jak Peeta nigdy nie zapomni o stracie rodziców i dwóch braci. Czujemy to samo, w jednej chwili staliśmy się sierotami. Moja mama już dawno przestała mnie uważać za córkę. Wyjechała, a nasze rozmowy zwykle wyglądają tak samo. Jak się czuję, co robię i tyle. W sumie już się przyzwyczaiłam.

Co do Gale’a… Jego w moim życiu nie ma. Jakby był dodatkowym elementem skończonej układanki – jak go nie ma to i tak się nic nie zmienia. Czy tęsknię? Owszem, tęsknię. Ale nie za Gale’m, a już na pewno nie tym, którym się stał po Igrzyskach. Tęsknię przede wszystkim za swoim najlepszym przyjacielem, który zapełniał pustkę w moim sercu po stracie taty. Powierzałam mu wszystkie tajemnice, przeżyliśmy razem tysiące wspomnień i polowań i ja… Po prostu nie mogę o tym zapomnieć.

Peeta mówi, że może kiedyś wszystko sobie wyjaśnimy i będzie jak dawniej. Trochę mnie to dziwi, przecież nigdy nie lubił Gale’a. Kiedy go o to pytam, odpowiada:

- Racja, nigdy go nie lubiłem. Ale nie mogę znieść tego, że cierpisz. Mimo, że mówisz, że on się zmienił, że już nie jest taki sam, to w głębi serca pragniesz powrotu swojego przyjaciela sprzed lat.

Cieszę się, że mam przy sobie kogoś, kto mnie rozumie, ze względu na wszystko. Kogoś, kto mnie wesprze, pomoże mi i pocieszy. Kogoś, kto doradzi mi obiektywnie w każdej sprawie.

Uświadamiam sobie, że moja układanka jednak nigdy nie była skończona. Zawsze brakowało w niej ostatniego elementu. Bez niego cała układanka traciła sens i barwy, była szara i nijaka i tylko ślepi powiedzieliby, że jest skończona. Ten element był niezastąpiony, jedyny w swoim rodzaju. Dopełniał układankę, nadając jej realne kształty i wprowadzając w nią tchnienie. Uświadamiam sobie, że ta układanka to moje życie.

A tym elementem jest Peeta.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej kochani! ^^ Jak tam Wam mija weekend? Kto wczoraj oglądał Niezgodną? A dzisiaj na TVP 1 o 21:25 leci WPO! Moja ulubiona część! Pierwszy raz chcę komuś dedykować ten wpis - Dolly


Twój blog był niesamowity, jest mi bardzo przykro, że już wczoraj pojawił się Epilog. Ale podobno każdy koniec to początek czegoś nowego - w Twoim przypadku jest to niesamowita książka, na którą z wielkim wyczekiwaniem!

Kochani, jeśli jeszcze tam nie zajrzeliście, to zapraszam Was na bloga Dolly :

Igrzyska Śmierci, nie zapomnimy

Do środy, Trybuci! :*** Viks

środa, 16 marca 2016

Rozdział 8 - ,,Tęsknię"

- Ta? – pytam, podnosząc szóstą kieckę z rzędu. Jestem już mocno zirytowana. Jakieś dwie godziny temu wróciłam z zebrania. Oczywiście Johanna musiała mnie dopaść i zacząć przesłuchiwać. Czemu się spóźniłam, gdzie byłam, z kim rozmawiałam. Powiedziałam jej o spotkaniu z Peetą, na co na zawołała Annie i obie ustaliły, że zrobią mnie na bóstwo. Ta… Wątpię, czy im się uda.

Przeglądamy stroje już od bardzo dawna. Przez ten pokój przeleciało kilka kiecek, spódnic, a nawet spodnie i jeden but. Żadna sukienka im się nie podoba, a jak już im wpadnie coś w oko, to ja nawet na nią nie spojrzę. Aktualnie mam w ręku żółtą sukienkę do ziemi z koronkowymi wykończeniami.

- Nie… Za jaskrawa – stwierdza Johanna.

Mam dość. Siadam na podłodze, krzyżując ręce. Dziewczyny patrzą na mnie niepewnym wzrokiem.

- No co? Nie idę – mówię.

- Nie, nie, nie. Musisz iść, to ważny wieczór – kręci głową Annie.

- Naprawdę? To albo się wreszcie zdecydujecie, albo zostaję na miejscu – warczę.

Dziewczyny patrzą na siebie, po czym Annie klepie się w czoło.

- Wiem! – wykrzykuje i wybiega z mojego pokoju.

- A tej co?

- Nie chcę wiedzieć.

Po chwili Annie wraca z powrotem, niosąc śnieżnobiałe pudełko zawiązane czarną kokardą. Jest zarumieniona, a na jej twarzy widnieje szeroki uśmiech. Wszystkie trzy pochylamy się nad przedmiotem.

- Co to?- pytam, nie kryjąc ciekawości.

- Jedna z moich sukienek, którą miałam podczas mojego Tournee. Przywiozłam ją, aby założyć na bal, ale… Tobie bardziej się przyda, a i wyglądać będziesz w niej o niebo lepiej – Cresta szeroko się uśmiecha, z podekscytowaniem klaszcząc w dłonie.

- A ty co założysz na bal?

- To nie ma znaczenia. Słyszałam, że wy też nie macie stroi, więc razem kupimy w Kapitolu.

Delikatnie odkrywam wieczko i wyjmuję miękki materiał. Moim oczom ukazuje się przepiękna kreacja w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni. Sukienka jest przed kolano, z tym, że tył jest przedłużany. Jest bez ramiączek. Opina sylwetkę aż do tali, a dalej swobodnie opada. U góry z samego brzegu widnieją małe diamenciki, które tworzą piękną obramówkę dekoltu. Całość jest niezwykle elegancka, a zarazem tajemnicza. Jednym słowem : piękna.

- Ja… Nie wiem co powiedzieć – szepczę, gwałtownie mrugając rzęsami – Jak mam ci się odwdzięczyć?

- Wystarczy, że będziesz szczęśliwa – Annie delikatnie mnie przytula.

***

Godzinę później jestem już wyszykowana . Zerkam w lustro i muszę przyznać, że wyglądam cudownie

Sukienka od Annie leży na mnie idealnie, i tak jak myślałam, jest przed kolano, a tył do łydek. Do tego mam pożyczone od Johanny zwykłe, czarne szpilki oraz delikatny, również czarny wisiorek z diamencikiem. Część włosów zebrałam z tyłu, a reszta opada mi na ramiona w formie loków.

Żegnam się z dziewczynami, zakładam czarny płaszcz i wychodzę na dwór. Noc jest chłodna, a lekki wiatr delikatnie rozwiewa moje włosy. Spokojnym krokiem podążam przez park.

Cieszę się z tego spotkania. Może nareszcie porozmawiamy jak normalni ludzie, wytłumaczymy sobie wszystko. Chciałabym go wreszcie zrozumieć. Poradził z sobie z osaczeniem? Nękają go jeszcze okropne wspomnienia? O co tak naprawdę na do mnie żal?

Chciałabym również, abyśmy postawili sprawę między nami jasno. Czy jest do czego wracać? Czy po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, jest jeszcze dla nas szansa? Jednocześnie tak bardzo boję się zapytać i usłyszeć ,,nie”…

Nim się orientuję, jestem już pod hotelem. Proszę na recepcji o numer pokoju Peety.

Wchodzę do windy i podjeżdżam na szóste piętro. Gdy wysiadam, szukam jego drzwi z numerem 555. Delikatnie pukam, lecz nikt nie odpowiada, więc otwieram drzwi i wchodzę do środka.

Perspektywa Peety

Niedługo przyjdzie Katniss. Jestem taki szczęśliwy, że zgodziła się przyjść. Myślałem, że z wyzywa mnie od najgorszych, za to, że ją zostawiłem. Jednak myliłem się, wyglądała nawet na szczęśliwą.

Nagle przypomina sobie, że miałem zadzwonić do Paylor. Jestem jej winny ogromne podziękowania, zrobiła dla mnie naprawdę wiele. Wybieram jej numer. Odbiera po pierwszym sygnale.

- Halo?

- Witaj Constancio.

- Peeta! Cieszę się, że dzwonisz. Czy coś się stało? – jej ton jest niezwykle radosny, zupełnie inny niż ten, którym przemawia w pracy.

- Nie, chciałem ci po prostu bardzo podziękować za wszystko. Gdyby nie ty…

- Przestań. Ważne, że teraz sobie radzisz. O, Dora właśnie wróciła... Mówi, że chce z tobą rozmawiać. Dać ci ją do telefonu?

- Jasne – uśmiecham się na wspomnienie Dory.

- Peeta...

- Dora. Czy coś się stało?

- Nie… Po prostu chciałam spytać, jak się trzymasz.

- Rozmawiamy przecież codziennie. Wiesz, że u mnie wszystko w porządku. A co u ciebie? Czy coś cię gryzie?

- Nie, u mnie wszystko dobrze. Tylko… Tęsknię za tobą… - słyszę, jak jej delikatny głos się łamie.

- Ja za tobą też tęsknię – szepczę.

- Skoro tak… To… Do zobaczenia.

- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?

- Jasne – mówi cicho i rozłącza się.

Perspektywa Katniss

Idę korytarzem do pomieszczenia, z którego wydobywa się głosy Peety, jednak przestaję, aby nie przeszkadzać mu w rozmowie.

- Rozmawiamy przecież codziennie. Wiesz, że u mnie wszystko w porządku. A co u ciebie? Czy coś cię gryzie? – słyszę, jak mówi Peeta zmartwionym głosem. Zaraz, co? Z kim on rozmawia? Chwilę milczy, pewnie wysłuchuje odpowiedzi. Po chwili znów się odzywa.

- Ja za tobą też tęsknię – dobrze… To już się robi dziwne. Komu on wyznaje takie rzeczy? Czyżby kogoś ma? Moje rozmyślenia przerywa ostatnia wypowiedź Peety i dźwięk odkładanej słuchawki.

- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?

Stoję jak zahipnotyzowana jeszcze kilka sekund. Dobrze. Nie będę się przejmować, pewnie rozmawia z jakąś znajomą. W końcu to mnie zaprosił dziś na kolację i nie pozwolę nikomu zepsuć tego wieczoru. Jest dla mnie niezwykle ważny. Poprawiam fryzurę, klepię się w zaczerwienione policzki i wchodzę do pomieszczenia.

- Katniss… – szepcze Peeta na mój widok. Otwiera lekko usta i uważnie mi się przygląda. Na jego twarzy maluje się podziw wymieszany z radością. Ma na sobie czarne spodnie, oraz elegancką koszulę w czerwono-czarną kratę. Rękawy podwinął do łokci.

- Aż tak źle? Wiedziałam, że sukienka to zły po…

- Wyglądasz ślicznie – mówi, po czym uśmiech się. Delikatnie się rumienię, ucieszona z komplementu.

- Usiądź – Peeta odsuwa mi krzesło przy stole. Siadam, a on przynosi jedzenie.

Na talerzu znajduje się potrawka jagnięca na suszonych śliwkach. Uśmiecham się szeroko do Peety, na co ten reaguje krótkim śmiechem. Jemy w ciszy.

Po skończonym posiłku wychodzimy na taras. Patrzę na niebo, które usłane jest milionem gwiazd. Wygląda tak pięknie, po prostu zapiera dech w piersiach. Po chwili zerkam na Peetę. Jego twarz oświetlona jest blaskiem gwiazd, przez co wygląda bardzo dostojnie, a zarazem tajemniczo.

- Katniss…

- Peeta… – wypowiadamy w tym samym momencie. Już wiem, że trudna rozmowa nas nie ominie.

Ale w końcu musiał przyjść czas i na nią.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej i czołem! Co tam u Was? Jak mija tydzień? :)))
Przepraszam, że post wstawiam tak późno (21:20, ale ćsi...), ale nie wyrobiłam się wcześniej. Miałam rekolekcje, a potem przyszła do mnie przyjaciółka i tak wyszło... No, ale ważne, że jest dziś :***
I jak Wam się podobał wpis? Proszę, nie bijcie za końcówkę... :D :D :D
Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa Waszych opinii co do tego rozdziału ^^ Pierwszy raz napisałam coś z perspektywy Peety i sama nie wiem... Może być? Mam pisać tak częściej? Czekam na komentarze! ;;;;)))
Do soboty, kochani! :*** ^^
Viks

sobota, 12 marca 2016

Rozdział 7 - ,,Wyczekiwany dzień"

Wchodzimy wszyscy do pomieszczenia. Jest on urządzony jak wszystkie pomieszczenia w tym budynku. Na środku stoi długi stół, za którym już siedzi Paylor. Na nasz widok wstaje.

Wygląda tak jak wtedy w ósemce, kiedy odwiedziłam szpital, tylko teraz jest ubrana galowo. Ciemne włosy zebrała w koka, a oczy pomalowała w kolorach srebra, co ładnie wygląda na jej ciemnej karnacji. Ma na sobie granatowy komplet – marynarkę i spodnie oraz białą koszulę.

Siadamy do stołu. Obok mnie siedzi Johanna i Annie, a przeciwko Peeta. Obok niego Haymitch, a za nim Beetee i Enobaria.

Zerkam na Peetę. Przygląda mi się. Ma obojętny wyraz twarzy, tylko lekkie zaciekawienie przebija się przez tą maskę. Kiedy dostrzega, że mu się przyglądam, delikatnie się uśmiecha i mówi bezgłośnie ,, Porozmawiamy później”. Kiwam głową, po czym zaczyna przemawiać pani prezydent.

- Witajcie. Nie ze wszystkimi miałam zaszczyt się spotkać, więc dla przypomnienia nazywam się Constancia Paylor, była pułkownik Ósemki. Obecnie zajmuję stanowisko prezydenta, o czym chyba wszyscy wiedzą – robi krótką pauzę i przygląda się nam uważnie – Wraz z objęciem tego stanowiska, zaczęłam naprawiać wszystkie szkody wyrządzone wojną, zarówno w Kapitolu, jak i w Dystryktach. Odbudowy maja się ku końcowi, ale niestety zostały jeszcze inne, ważne sprawy do zorganizowania. Ale zanim zaczniemy… Czy ktoś ma jakieś pytania?

Wszyscy milczymy, więc Paylor ponownie zabiera głos.

- Wiecie, że w Dystryktach panuje względny pokój, który niestety nie utrzyma się długo. Dystrykt bez władzy, to jak pies bez wody – przez pewien czas milczy, ale po pewnym czasie zacznie upominać się o swoje. Mówiąc o władzy w Dystryktach, mam na myśli burmistrzów. Ja niestety nie znam jeszcze wszystkich ważnych osobistości, więc nie mogę podejmować samodzielnie decyzji o wyborze osób na to ważne stanowisko. Zatem proszę was, abyście to wy pojęli decyzję, kto zostanie głową Dystryktu.

- Niby w jaki sposób mamy dokonać wyboru? Nawet ich nie znamy - słusznie zauważa Johanna.

- Moja asystentka przygotowała dla was spis kandydatur – odpowiada spokojnie Paylor, a w tym momencie wchodzi do pomieszczenia owa szczupła blondynka, która zaprosiła nas na zebranie.

Rozdaje nam cienkie teczki, po czym wychodzi.

Otwieram teczkę, aby przejrzeć jej zawartość. Na pierwszej stronie pisze ,,Dystrykt 1”, a pod spodem pięć zdjęć dość starszych ode mnie mężczyzn. Obok każdego zdjęcia widnieje krótki życiorys danej postaci. Wertuję kartki, nie za bardzo interesując się ich zawartością. Nagle zatrzymuję się pod zdjęciem drugiego kandydata z siódemki. Jest wysoki, ma na oko 22 lata. Brązowe włosy opadają mu na twarz, a zielone oczy delikatnie błyszczą. Czytam jego życiorys. Dowiaduję się, że ma na imię Adam Crousion i był rebeliantem . Wydaje mi się, że skądś kojarzę tą twarz. Czyżbym spotkała go podczas wojny? Nie, zapamiętałabym go. A może tylko mi kogoś przypomina? Ale jak tak, to kogo?

Moje rozmyślenia przerywa głos pani Prezydent.

- Teczki możecie zabrać ze sobą, następne zebranie odbędzie się za tydzień. Wtedy wybierzemy burmistrzów. Ktoś ma jakieś pytania?

- A kiedy jest bal? I po co? – pyta Johanna, krzywiąc się na samą myśl o nim.

- Bal odbędzie się za miesiąc, czyli trzy tygodnie po drugim zebraniu – w tym momencie Johanna robi minę typu ,,Przecież umiem liczyć, może jakieś konkrety?” – Zjawią się na nim wszyscy kandydaci. Wtedy wy ogłosicie wyniki. Do tego czasu możecie zostać w Kapitolu, albo wrócić do waszych domów. To wszystko na dziś.

Powoli zaczynamy się zbierać. To zebranie było nudzące, kompletnie nie wiem, po co na nie przyszłam. I w dodatku kolejne dopiero za tydzień! A i tak jak pomyślę, że mam mieszkać w Kapitolu jeszcze miesiąc, to aż mnie mdli.
Podchodzi do mnie Johanna oraz Annie.

- Serio, jeszcze miesiąc tutaj? Jakbym nie miała ciekawszych zajęć – warczy Jo, poprawiając fryzurę.

- Racja, to bez sensu. Jakby bankiet nie mógł się odbyć zaraz po zebraniu – popieram Mason.

Wchodzimy do windy i zjeżdżamy na parter. Wychodzimy z budynku i zmierzamy w stronę ośrodka szkoleniowego. W pewnym momencie ktoś łapie mnie za łokieć i ociąga do tyłu. Zaskoczona odwracam się gwałtownie, gotowa zaatakować, jednak moim oczom ukazuje się Peeta.

- Nie bój się, to tylko ja – mówi cicho.

Idziemy za pozostałymi, tylko lekko na tyle, aby nas nie słyszeli. Po chwili odpowiadam.

- Nie łapie się mnie od tyłu. Byłam na arenie, teraz już zawsze będę tak reagować.

- Racja, w sumie ja też tak mam – marszczy czoło – Przed zebraniem nie skończyliśmy rozmawiać. Chciałbym dokończyć naszą rozmowę, jeśli nie masz nic przeciwko – staje przede mną i uważnie patrzy mi w oczy.

W jego samych jest nadzieja pomieszana z wyczekiwaniem. Czuję, że zaczynam się rumienić, więc szybko potrząsam głową. Patrzę na swoje stopy, po czym odpowiadam zachrypniętym głosem.

- T.. To mo… - odchrząkam – Może wejdziesz do ośrodka i porozmawiamy? – kończę szybko i orientuję się, że stoimy tuż pod budynkiem.

- Wolałbym nie. Wiesz… Mam ci dużo do opowiedzenia, a nie chcę się narzucać – mówi zmieszany, po czym patrzy w bok i delikatnie się rumieni. Zaraz… Czy on się czymś stresuje?

- To sama nie wiem. Może jakaś kawiarnia, park czy coś w tym stylu? – pytam dosyć zakłopotana, sama nie wiedząc, co robić. Co może być tak ważnego i emocjonującego, aby Peeta nie mógł wejść do mnie?

- Pomyślałem, że zechcesz przyjść wieczorem do mnie. Zrobiłbym kolację i na spokojnie byśmy porozmawiali. Co ty na to? – ponownie patrzy mi w oczy, i ponownie nie wiem co powiedzieć. Już zapomniałam jak błękitne są jego oczy… Jak ocean? Lub jak niebo? Tak, to niebo… Zaraz, co? Peeta coś mówił? A, już pamiętam.

- Tak z chęcią przyjdę. Na którą mam być?

- Pasuje ci ósma? –pyta, na co kiwam głową – Wspaniale, jesteśmy umówieni – szeroko się uśmiecha.

- Zaraz, a powiesz mi gdzie mieszkasz?

- Za tym parkiem, jest wysoki hotel ,,Oscars”. Powiedz na recepcji, że przyszłaś do mnie, a zaprowadzą cię na odpowiednie piętro.

- Dobrze. Dziękuję za zaproszenie, to bardzo miłe.

- Cała przyjemność po moje stronie.

- No to… Do zobaczenia wieczorem – szepczę i odwracam się. Już prawie wchodzę do budynku, kiedy za plecami słyszę głos Peety.

- Bardzo się cieszę, że nareszcie się spotkaliśmy. Długo wyczekiwałem tego dnia. Ślicznie wyglądałaś.

Delikatnie się uśmiecham i wchodzę do ośrodka.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej, kochani! Co tam u Was słychać?
I jak Wam się podobał ten wpis? Wiem, że nic szczególnego nie wydarzyło się pomiędzy Katniss, a Peetą, ale chciałam już opisać to zebranie i mieć to z głowy ;)
Chcę Wam podziękować za tyle komentarzy pod poprzednim postem! Bardzo mnie ucieszyliście, a Wsze miłe słowa wywołały wielkiego banana na mojej twarzy :DDD Oby tak dalej!
A i jeszcze jedno! Dzisiaj na TVP 1 o 21:25 lecą IŚ! Kto ogląda? Ja już ustawiłam sobie nagrywanie ^^ Podobno za tydzień ma być WPO, ale jeszcze nie wiem do końca :))
To tyle na dziś. Bardzo proszę o komentarze :**
Do środy, trybuci!
Viks

środa, 9 marca 2016

Rozdział 6 - ,,Wszyscy w komplecie"

- Katniss, już cza… - Johanna przerywa w połowie zdania, wpadając do pokoju. Opiera ręce na biodrach i przechyla głowę. Jej mina nie zdradza niczego. Ma na sobie białą bluzkę, dżinsową kamizelkę, czarne spodnie i wysokie, równie czarne buty. Włosy spięła w wysokiego kucyka.

- I…? – pytam, ponieważ jej milczenie zaczyna mnie irytować.

- Może być – stwierdza i dalej mi się przygląda – przynajmniej my dwie pokażemy Paylor, że nie może z nami zadzierać.

- Aż tak źle?

- Raczej, aż tak dobrze. Chociaż ja wyglądam zdecydowanie lepiej – uśmiech się złośliwie i wychodzi z mojego pokoju.
Musi być tragicznie, skoro Johannie się podoba, myślę i wychodzę za nią. Zmierzam w stronę salonu i orientuję się, że już wszyscy przejechali.

Beetee stoi obok kanapy, pogrążony w rozmowie z Haymitchem. Cieszę się, że rehabilitacja przyniosła efekty i może już samodzielnie chodzić. Ma na sobie garnitur i co chwilę spogląda na zegarek. W pewnym momencie jego wzrok zatrzymuje się na mnie. Uśmiecha się do mnie ciepło i macha mi ręką. Odwzajemniam gest.

Przejeżdżam wzrokiem po salonie. Dostrzegam Enobarię, która opiera się o framugę drzwi wejściowych. Ubrana jest w czarny kombinezon, chyba ze skóry. Ma obojętny wyraz twarzy, ale przynajmniej się nie uśmiecha. I bardzo dobrze, jakoś nie ma ochoty oglądać jej kłów.

Nigdzie nie widzę Annie. Już mam podejść do Haymitcha i się go zapytać, cze jej nie widział, kiedy dostrzegam ją na kanapie. Siedzi wyprostowana, bawiąc się kosmykiem swoich rudych włosów, które zebrała w niesforny kok. Na sobie ma błękitną sukienkę przed kolano. Ma obojętny wyraz twarzy, niemalże idealna maska. Pamiętam, jak kiedyś ja sama taką robiłam. Cóż, robię do dziś.

Podchodzę do niej i dotykam jej ramienia. Na mój widok szeroko się uśmiecha i mocno mnie ściska.

- Katniss… Bardzo za tobą tęskniłam – szepcze mi do ucha, a następnie przytula Johannę, która niespodziewanie znalazła się za mną.

- Witaj Annie – odpowiadam i we trzy siadamy na kanapie. Przyglądam się przez chwilę jej twarzy. Prawie całkowicie z jej oczy zniknął wyraz obłąkanej dziewczyny. Wygląda na pewniejszą siebie, jednak w tych oczach jest jakaś pustka. Zapewne spowodowana brakiem Finnicka… Szybko wyrzucam z głowy tą myśl.

- Co u was słychać? – pyta swoim delikatnym głosem, uważnie się nam przyglądając.

- A jak sądzisz? – odpowiada zgryźliwie Mason, nie przejmując się tym, że swoim tonem może kogoś urazić.

- Sama nie wiem… Każdy przeżywa straty bliskich osób inaczej, prawda? – kontynuuje rozmowę Annie, niczym się nie przejmując.

- Wiesz, ja raczej nie mam czego przeżywać, bo po prostu nie mam ,,bliskich”, których mogłabym stracić – warczy Johanna.

Uważnie przyglądam się ich wyminie zdań. Co Johanna sobie wyobraża? Annie się o nas martwi, a ona tak na nią naskakuje. Mi też nie został już nikt bliski, ale wiem, że to nie jest wina Cresty. Zresztą… Od kiedy ja myślę w ten sposób?

- Johanna uspokój się. To nie wina Annie, że życie się tak potoczyło. Najwyraźniej los tak chciał – próbuję załagodzić sytuację.

- Może – wzdycha Johanna, ale wiem, że nadal jest zdenerwowana. Zaraz… Czy ona przed chwilą się mnie posłuchała? Pewnie nie chciała się dalej spierać.

- Kiedyś wszystko się ułoży, zobaczysz. Przecież ja też straciłam Finn… Kogoś bliskiego – szybko kończy Annie.

Jeszcze chwilę rozmawiamy, aż wreszcie musimy wychodzić. Idziemy krótko, do Pałacu mamy dosyć blisko.

Po drodze przyglądam się wszystkiemu dookoła. Byłam tu tylko dwa razy: Na 74 Igrzyskach, trzecim Ćwierćwieczu Poskromienia oraz na wojnie. Nie było wtedy zbytnio czasu na zwiedzanie.

Właśnie przechodzimy obok ogromnej fontanny. Dzieci pluskają się w niej, a ich rodzice siedzą na ławkach, głośno się śmiejąc. Na tym ,,obrazku” wszystko jest takie idealne. Nawet trawa jest przycięta co do milimetra, a kwiaty zasiane kolorystycznie. Jakoś nie urzeka mnie ten widok. Wszystko jest takie sztuczne, takie… Nierealne. Peeta pewnie by potrafił znaleźć w tym coś pięknego. Cóż, przywykłam już do tego, że jestem bezuczuciowa. I nie mam zamiaru tego zmieniać.

Wchodzimy do Pałacu. Parter jest urządzony skromnie. Ściany są białe, a meble dębowe. Wszędzie poustawiane są szklane wazony z fioletowymi kwiatami. To prawdopodobnie fiołki.

Podchodzimy do długiego i zaokrąglonego stołu z napisem RECEPCJA. Za nim siedzi drobna brunetka, która szybko wystukuje jakieś cyfry i litery na prostokątnej klawiaturze. Kiedy podchodzimy, nie zwraca na nas uwagi.

- Dzień dobry, nazywam się Bee…

- Pierwsze piętro, pani Prezydent się trochę spóźni – przerywa Beetee’mu brunetka, nawet nie podnosząc wzroku. Co za bezczelna dziewucha. Już chcę jej odpyskować, kiedy pozostali kierują się do windy. Wchodzimy, a Annie wciska przycisk z numerem 1.

Ciszę przerywa Johanna.

- Co za wredne babsko. Za grosz szacunku. Jeszcze jedno zadanie, a normalnie bym jej przywaliła.

- Nie wypowiadaj się, jak sama nie masz w sobie kultury – mówi Haymitch.

- I kto to mówi? A niby przepraszam bardzo, picie bimbru całymi dniami to kultura jest, tak?

- Dzisiaj jestem całkowicie trzeźwy, mam ci chuchnąć?

- Wiesz co? Ja podziękuję – krzywi się Mason.

Wymianę zdań przerywa im rozsuwająca się winda. Wychodzimy do holu, który jest urządzony tak samo jak parter. Znajdują się tu tylko jedne drzwi, czyli gabinet Paylor, z tego co rozumiem. Stajemy przed nim.

W milczeniu czekamy, aż pojawi się jakaś osoba, która zaprowadzi nas do gabinetu. Mijają minuty, a nikt się nie zjawia. W końcu słyszymy dźwięk otwierającej się windy. Odwracam się, aby zobaczyć kto przyszedł, ale zamieram w połowie drogi.

Wygląda tak jak dawniej, jednak inaczej. Wydaje się starszy, ma poważniejszy wyraz twarzy. Jego blond włosy opadają mu na czoło, niesamowicie błękitne oczy delikatnie się mienią, a usta są zaciśnięte w jedną kreskę. Ma na sobie bluzkę w biało-niebieską kratkę oraz dżinsy. Patrzy na nas uważnie, jakby bojąc się wypowiedzieć choćby jedno zdanie.

Pierwsza reaguje Annie.

- Peeta! Tak dawno cię nie widziałam – podchodzi do niego i delikatnie go przytula. Uśmiecha się szeroko i odwzajemnia gest.

- Witaj Annie. Tęskniłem – mówi i wyciąga ją na długość ramienia – Wyglądasz prześlicznie.

- Dziękuję, nawet nie wiesz jak ty się zmieniłeś! –śmieje się w odpowiedzi – Patrz, wszyscy jesteśmy już w komplecie.
Peeta zerka na nas, ale nic nie mówi. W sumie nie dziwię mu się.

Enobaria oparła się o ścianę i zupełnie nie zwraca na nic uwagi. Johanna skrzyżowała ramiona na piersi, a Haymitch z Beetee’m uważnie się mu przyglądają. Za to ja stoję i nic nie mówię. Po prostu patrzę.

Pół roku… Pół roku ignorowania się nawzajem. Nie widywaliśmy się, nie rozmawialiśmy. Jakbyśmy się zupełnie nie znali. A przecież wspólnie przeżyliśmy więcej niż inni trybuci. Innie sojusznicy. Inni ludzie... Inna para.

Po chwili milczenia Johanna podchodzi do Peety.

- Nareszcie przyszedłeś – mówi – Myślałam, że już się nie zjawisz.

- Ja też się cieszę, że cię widzę – odpowiada z przekąsem.

- No przestań. Przecież wiesz, że brakowało mi ciebie – mówi i przytula się do niego.

- Wiem – szepcze Peeta. Podchodzi do Haymitcha i Beetee’go i wita się z nimi. Mówi coś o rehabilitacji Beetee’go, ale nie za bardzo ich słucham. W pewnej chwili Haymitch szepcze mu coś do ucha, na co Peeta kiwa głową. Po pewnym czasie podchodzi do mnie.

- Katniss…

- Peeta... – wypowiadamy w tym samym momencie. Moje serce zaczyna dziwnie bić, a ręce nadmiernie się pocić. Poprawiam bluzkę, dyskretnie wycierając ręce.

- Dawno się nie widzieliśmy – zaczyna Peeta.

- Racja.

- Wiesz… Jest mi napra…

Przerywa w połowie zdania, ponieważ drzwi od gabinetu otwierają się. Wychyla się zza nich niska dziewczyna, ma na oko 16 lat i blond włosy spięte w kucyk.

- Zapraszam wszystkich do gabinetu. Pani Prezydent rozpoczyna zebranie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, moi drodzy! Jak tam mija Wam tydzień?
Ostatnio zmartwiła mnie liczba komentarzy... Wiem, wiem. Dopiero zaczynam bloga i nie powinnam spodziewać się cudów, ale z każdym postem jest ich coraz mniej. :(
Sama nie wiem... Notki są nudne? Albo może są za często i nie macie czasu? Mogę zmienić, aby były raz w tygodniu, jeśli tak Wam odpowiada.
Dobrze, już nie przynudzam. Miłego czytania! Oczywiście proszę, aby każdy kto przeczyta wpis, skomentował go. Było by mi miło i wiedziałabym, że się Wam podoba!
Do soboty, kochani!
Viks

sobota, 5 marca 2016

Rozdział 5 - ,,Za dużo rozmyśleń..."

- Johanna, natychmiast wstawaj. Ile jeszcze mam cię budzić?! – Ja nie mogę, po prostu nie mogę. Za 10 minut mamy poduszkowiec, Haymitch od dawna na nas czeka, a ta sobie śpi w najlepsze. Budzę ją już pół godziny, ale powoli zaczynam tracić cierpliwość. I to ona miała mnie obudzić? Wolne żarty.

Jestem już w pełni gotowa do wyjazdu, ubrana i wyszykowana. Moje walizki, a raczej walizka, stoi już przy drzwiach. Zresztą Johanny także. Jeśli za chwilę nie zwlecze się z łóżka, poduszkowiec odleci bez nas.

No cóż… Skoro ona sobie tak pogrywa… Niech jej będzie. Oby moja metoda na budzenie Haymitcha podziałała i na Jo, myślę i zabieram się do pracy.
***
10 minut później siedzimy już w poduszkowcu. Johanna jest na mnie wielce obrażona, ponieważ przeze mnie musiała suszyć włosy, i to niby dlatego się spóźniłyśmy. Wolałam się już z nią nie kłócić, i tak zaraz jej przejdzie. Ach, jej mina jak ją oblałam wiadrem wody była bezcenna. Jak to robiłam, w ogóle nie pomyślałam o tym, że Mason boi się wody. Jednak nie zareagowała źle. Bardziej ją zdenerwowałam, niż wywołałam jakiś atak paniki. Jak widać pół roku na zamkniętym oddziale robi swoje.

Haymitch patrzy raz na mnie, raz na Johannę, uśmiechając się pod nosem. O dziwo jest dzisiaj trzeźwy. Czy to dlatego, że ma się spotkać z Panią Prezydent i wie, że nie może być dzisiaj wstawiony? Nie wiem, nie wnikam. Jednak w duchu cieszę się, że jest w separacji z butelką. Przynajmniej na jakiś czas. Chociaż po powrocie do dwunastki też mógłby już nie pić. Dla swojego własnego zdrowia. Nie oszukujmy się, pierwszej młodości to on nie jest.

Wyglądam przez okno i widzę powoli przerzedzający się las. Pewnie jesteśmy gdzieś na ósemką, czy dziewiątką. Opieram się o zagłówek fotela i pogrążam się w myślach.

Pierwszy raz od pół roku, czyli zakończenia wojny, pojawię się w Kapitolu. Pewnie jest już odbudowany, a ludzie zapomnieli o wojnie. No, może nie całkowicie, ale nie rozpamiętują jej tak, jak mieszkańcy dystryktów. W końcu Kapitolczyków wojna dotknęła najmniej. Co oni mogą wiedzieć o wojnie, zniszczeniach, stratach w ludziach i bólu? Ich zawsze interesował tylko wygląd, rozmiar portfela i posada. A przepraszam bardzo, jeszcze Igrzyska. Ale nie to, że ludzie z dystryktów na nich ginęli, tylko to, aby osoba, na którą stawiali, wygrała. Przecież to czyste szaleństwo. Nie interesowało ich nasze życie, tylko pieniądze. Z tego co wiem, nawet Kapitol odbudowywali robotnicy z dystryktów, a nie jego rodowici mieszkańcy…

- Katniss, pobudka – czuję, jak ktoś potrząsa moim ramieniem. Powoli otwieram swoje sklejone rzęsy i widzę nad sobą pochylonego Haymitcha – Już dojechaliśmy, wstawaj. Twoja walizka jest już w pokoju, ruszaj się, nie wytrzymuję już sam z Johanną. Przeraża mnie.

Uśmiecham się leniwie i wychodzę z poduszkowca. Dopiero teraz orientuję się, że wylądowaliśmy na dachu ośrodka szkoleniowego. Haymitch znika mi z oczu, więc pewnie zeszedł na dół, na 12. piętro.

Rozglądam się i dostrzegam Johannę. Stoi na brzegu dachu, ma rozłożone szeroko ręce i głowę odchyloną do tyłu. Ciekawe nad czym rozmyśla. Wspomina swój pobyt tutaj jako trybut? Zalewa ją fala wspomnień? A może wspomina Ćwierćwiecze Poskromienia, to, na którym się poznałyśmy i jednocześnie to, po którym została zabrana razem w Peetą na tortury? Czuję, że chce teraz zostać sama, więc schodzę na dół.

Haymitch siedzi na kanapie w salonie i popija sok ze szklanki. Zaraz, sok…? Coś mi tu nie gra.

- Nie przyzwyczajaj się, skarbie – śmieje się Haymitch na widok mojej miny i wskazuje na szklankę – to dziadostwo jest gorsze od spirytusu.

- Naprawdę? W twoim przypadku wszystko jest gorsze od alkoholu – prycham – Zresztą nieważne. Która jest godzina? Nie powinniśmy się szykować?

- Dopiero 12:00, ale masz rację – przyznaje.

- Nie wiem w czym, ale Katniss na pewno nie ma racji – śmieje się Johanna, wchodząc do salonu. Ma zaczerwienione od mrozu policzki, a zmarznięte ręce wsadziła pod pachy. W sumie mamy początek marca, ale mróz daje o sobie znać. Ciekawe, wcale nie wygląda na osobę, która przed chwilą wspominała swoje najgorsze przeżycia.

- Ha ha, bardzo śmieszne – mówię z sarkazmem, rzucają w nią poduszką. Sprawnie łapie ją jedną ręką i uśmiecha się szeroko. Dawno nie widziałam jej takiej szczęśliwej, myślę. A przecież jesteśmy w Kapitolu.

- Właśnie mówiłem, że powinniśmy się szykować. Za pół godziny będą tu wszyscy i postanowiliśmy, że razem pójdziemy na to ,,zebranie” – ostatnie zdanie mój były mentor wymawia z grymasem na twarzy i dopija resztę soku.

- Zaraz, zaraz… Wszyscy czyli konkretnie kto tu przyjdzie? – dopytuje się Johanna.

- No wszyscy żyjący zwycięzcy – mówi Haymitch, ale na widok naszych min dodaje – Beetee, Enobaria, Annie. Zadzwoniłem do nich i postanowiliśmy, że razem pójdziemy do Pałacu, a tutaj się spotkamy. W sumie dotrzemy tam w szóstkę.

- Poczekaj, a co z Peetą? To znaczy wiem, że jest w Kapitolu, ale nie chciał iść z nami? A może do niego wcale nie dzwoniłeś? – Jo jak zwykle nie odpuszcza.

- Dzwoniłem, nie bulwersuj się tak. Powiedział, że ma dużo obowiązków i spotkamy się na zebraniu. No, ruszajcie się, trzeba się wyszykować – powiedział i ruszył do kuchni, zapewne aby poszukać jakiegoś trunka na wieczór.

Ciągle nie podnosiłam się z kanapy. Myślałam nad chwilą, kiedy spotkam się ze wszystkimi. Tak za nimi tęskniłam. Beetee przecież tyle dla mnie zrobił, wspierał mnie nie tylko słowami, ale też cudownymi wynalazkami. A Annie? Co do niej mam wątpliwości. Nie wiem czy będzie chciała mnie widzieć po tym, co się stało z Finnickiem. Wiele razy jak rozmawiałyśmy przez telefon to zapewniała mnie, że to nie moja wina, ale nie jestem pewna. Zobaczymy jak się zachowa, jak już przyjedzie. Co do Enobarii, to nie za bardzo mnie ona obchodzi, Równie dobrze mogłoby jej nie być. Nie jestem do niej jakoś przywiązana, nigdy nie rozmawiałyśmy. W dodatku na arenie chciała mnie zabić.

- Ruszaj się ciemna maso, naprawdę musimy się szykować – pogania mnie Johanna.

Niechętnie wstaję z kanapy i ruszam w stronę pokoju, który zajmowałam podczas Igrzysk. Johanna zajmuje pokój Effie, Haymitch swój, a Peety stoi pusty.

Peeta… Domyślałam się, że nie będzie palił się, aby mnie zobaczyć, ale żeby aż tak? Trudno, na zebranie będzie musiał przyjść. A może wcale się nie pojawi? Chociaż w sumie… To porządny chłopak, przełoży tak ważna sprawę nad emocje.

Zamykam za sobą drzwi do pokoju i podchodzę do walizki. Otwieram ją i przeglądam jej zawartość. W końcu decyduję się na zieloną bluzkę. Ma rękawy do łokcia, lekki dekolt i jest zwężona na biodrach. Do tego zakładam obcisłe jeansy, które podwijam przed kostkę. Widziałam jak Johanna tak robi i muszę przyznać, że nieźle to wygląda. Jeszcze tylko buty. Przyjechałam w baletkach, ale jakoś mi nie pasują do tego stroju.

Idę do łazienki. Postanowiłam, że buty dobiorę później. Jeszcze raz myję zęby, rozczesuję włosy i zostawiam je rozpuszczone. Naprawdę sporo urosły, myślę. Nawet nie zerkam na kosmetyki, wiem, że i tak się nie umaluję. Ubieram się i ponownie wchodzę do pokoju.

Nagle w roku pomieszczenia dostrzegam jakiś przedmiot. Podchodzę bliżej i przyglądam się tajemniczemu znalezisku. Okazuje się, że to złożony w kostkę mój mundur wojskowy i ciężkie buty. Ciekawe, co on tu robi? Przeglądam się butom. Są czarne, dość masywne i sięgają mi do kostki. Tak, to idealny wybór. Zrzucam kapcie, naciągam skarpetki i zakładam te buty.

Zerkam w lustro. Idealnie. Od dołu ciężkie, czarne buty, dalej podwinięte jeansy i zielona bluzka. Dzięki niej wyglądam w miarę elegancko, ale przetarte spodnie i buty pokazują, że nie jestem zwykłą dziewczyną. Walczyłam na wojnie i nie mam zamiaru o tym zapomnieć.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witajcie, moi drodzy! Jak wam mija sobota? Siedzicie w domu czy gdzieś jedziecie?
Ja osobiście mam zamiar leniuchować cały weekend... :)
No to... Zapraszam do czytania i wyrażenia w komentarzu, jak wam się spodobał rozdział. Proszę, każdy kto czyta niech skomentuje :DDD
Do środy, kochani! ^^ :*
Viks

środa, 2 marca 2016

Rozdział 4 - ,,Wewnętrzna walka"

Gdy doszłyśmy do domu, na dworze panował już mrok. Razem z Johanną postanowiłyśmy iść na górę i się spakować.

Stoję nad walizką już jakiś czas i kompletnie nie wiem co spakować. Na razie leży w niej bielizna, kosmetyki (po kłótni z Jo, musiałam na nie przystać) i przybory toaletowe. Nie wiem ile czasu spędzimy w Kapitolu, ani co będziemy tam robić. Podchodzę do szafy i wyjmuję z niej kilka par legginsów w różnym kolorze, parę luźnych bluzek i kilka spódnic. Nie mam pojęcia gdzie będzie mnie wyciągać moja przyjaciółka, ale wszędzie kręcą się fotoreporterzy. Sukienki na bankiet nie pakuję, ponieważ Johanna powiedziała, że kupimy jakąś w Kapitolu. Szczerze w to wątpię, pewnie pójdę w ręczniku albo wcale. A w najgorszym wypadku zaprezentuję się tak jak Johanna w windzie po paradzie trybutów.

Po spakowaniu walizki schodzę na dół. Jo siedzi na kanapie i ogląda jakiś program w telewizorze, popijając herbatę.

- Masz, dla ciebie też zrobiłam – na mój widok podaje mi kubek – Już nic ciekawego nie puszczają w telewizji. Same
bzdety o tych Kapitolczykach albo jakieś durne talent show.

Chwilę oglądamy program, w którym ludzie wykonuję przedziwne zadania. Szybko nas to nudzi, więc Jo przełącza na inną stację.

- A teraz to, na co wszyscy czekają – mówi jakiś reporter w studio. Zaraz, to Caesar Flickerman. Wygląda zupełnie inaczej, jakby… normalnie? Nie ma sobie ton makijażu, tylko zwykłe jeansy, koszulkę i marynarkę. A to nowość. – Przed państwem… Peeta Mellark!

Patrzę osłupiała jak Peeta wchodzi na scenę. On, tak samo jak Caesar, zmienił się. Nie ma już tego wychudzonego, pobitego chłopaka z rozbieganym wzrokiem, którego spotkałam w 13. Teraz wygląda zdrowo, i widać, że dużo ćwiczył. Wita się z Caesarem, po czym siada naprzeciwko niego.

- Więc Peeta – zaczyna dziennikarz- doszły mnie słuchy, że na stałe mieszkasz w Kapitolu. Czy to prawda?

- Twoi informatorzy mają niedokładne informacje, Caesar – śmieje się Peeta – Zaraz po bankiecie wracam do 12. W końcu to tam jest mój prawdziwy dom.

- Czyli już słyszałeś o bankiecie i zebraniach. Niestety nie wiem po co pani prezydent je zwołuje – dziennikarz udaje zmartwionego – A może ty uchylisz rąbka tajemnicy?

- Skoro Paylor cię nie wtajemniczyła, ja również nie jestem do tego upoważniony.

- Paylor? –dziwi się Caesar – Jesteś z panią prezydent na ,,ty”?

- Tak wyszło – ucina Peeta.

- A więc wróćmy do twojego miejsca zamieszkania. Nam wszystkim będzie cię bardzo brakowało, tu, w Kapitolu, prawda? – zawraca się do publiczności, na co ta wydaje okrzyki poparcia – A może jeszcze przemyślisz tą sprawę? Co się tak ciągnie do 12?

- Tak jak już wspomniałem, to jest mój prawdziwy dom – odpowiada spokojnie Peeta.

- Tylko tyle? A nie chodzi przypadkiem o to, że tam mieszka nasza droga Katniss Everdeen?

- Caesarze… Proszę cię. Moje relacje z Katniss są naszą prywatną sprawą – Peeta delikatnie się uśmiecha. Raczej ich brak, myślę.

- Ależ Peeta! Cały Kapitol pragnie dowiedzieć się, jak potoczyła się dalsza historia kochanków.

- Wolę o tym nie rozmawiać –zaczyna się irytować Peeta.

- Oczywiście, oczywiście, ale jeszcze kiedyś wrócimy o tego tematu - mówi, a dalsza rozmowa schodzi na sprawy polityczne.

- Cwaniak – komentuje Johanna.

- To znaczy? – pytam. Ciągle jestem w szoku, po tym co zobaczyłam. Przez ten cały czas zastanawiałam się, czemu Peeta nie daje znaku życia. Myślałam, że może nie jest w stanie poradzić sobie ze wspomnieniami, że boi się mnie zranić słowami w przypływie ataku. A tu proszę, taka niespodzianka. Najwyraźniej w świecie nie chce mnie znać. Teraz wiem, że dawny Peeta przepadł na zawsze. Na myśl jest tak przygnębiająca, że nawet nie chcę jej wymawiać na głos.

- Sprytne uniki w sprawie waszego związku. Myślałam, że chociaż on coś mi powie – wzdycha, wyraźnie rozczarowana. – No nic, dorwę się do niego jutro.

- Że co proszę…? Jakiego związku?

- No waszego ciemna maso. Twojego i Peety. Ty plus Peeta równa się wielka miłość, nie pamiętasz? – tłumaczy mi jak upośledzonemu dziecku.

W pierwszym odruch chcę mi się śmiać, lecz szybko poważnieję. Czy on nie rozumie, że nie ma żadnego ,,nas”? Peeta się zmienił, zresztą ja także. Czemu każdemu trzeba to tłumaczyć?

- Johanna, nie ma żadnego ,,nas”.

- Wiem, że Peeta był osaczany, ale bez przesady. To jemu się działa krzywda, a nie tobie. I to właśnie ty powinnaś walczyć, nie on. Nie rozumiesz? Naprawdę chcesz wszystko zaprzepaścić tylko przez to, że nie wyciągnęli go z tej przeklętej areny? To przecież nie jego wina, do cholery – warczy.

-Wiem, że to nie jest jego wina, uspokój się. Czy według ciebie to wygląda tak, że ja go posądzam o to, że nie wyciągnięto go z areny?

-Dokładnie tak.

- Johanna, zrozum. Nie mam mu tego za złe, on nie znał planu. Tu chodzi o coś innego. Jego tam zmienili, rozumiesz? Nie jest taki jak dawniej.

- Sądzisz, że jak raz go zmienili, to nie można zrobić tego ponownie? Zresztą sama widziałaś, jest z nim o niebo lepiej – uśmiecha się delikatnie, po czym wstaje i oznajmia, że idzie spać I obudzi mnie rano.

I co mam teraz zrobić? Z jednej strony Johanna namawia mnie, abym walczyła, a z drugiej Peeta, który najwyraźniej nie chce, żebym mieszała się w jego nowe, poukładane życie. Jednak, może warto spróbować? Może warto dać ,,nam” szansę? Już sama nie wiem. Przez całe życie walczyłam, moje życie to ciągła linia wzlotów i upadków. Najpierw ratowałam rodzinę polując, potem siebie oraz ich przyszłość na pierwszych igrzyskach, na drugich walczyłam o Peetę i honor, aby przed śmiercią zadać Kapitolowi ostateczny cis, a na końcu o przyszłość. Walczyłam o życie tysięcy ludzi, aby nie żyli w strachu. Chociaż w pewnym sensie była to moja osobista gra. Zemsta dla Snowa za wszystkie okrucieństwa, jakich się dokonał przez lata. I zwyciężałam. Za każdym razem inaczej, ale mimo wszystko dawałam radę. Pokonywałam strach, głód, nieludzkie warunki i okrucieństwa, które działy się wokół mnie. Ale czy mam walczyć po raz kolejny? Czy warto? A przede wszystkim, czy jest jeszcze o co?

Sam nie wiem.

Pierwszy raz nie jestem czegoś pewna.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, kochani!
Jak Wam mija tydzień? Mi wyśmienicie :))
Widzieliście galę rozdania Oscrarów? Ja niestety nie, ponieważ było to w nocy :(
Ale w poniedziałek z samego rana sprawdziłam wyniki, niestety Jennifer nie dostała tej wspaniałej nagrody. No cóż, tym razem to Brie Larson się udało.
Ale Leonardo wreszcie dostał, po pięciu nominajach :'''')Ten to ma ,,szczęście"! ^^
No to nie zanudzam już :)) Zapraszam do komentowania, Wasza opinia jet dla mnie bardzo ważna. ;)
Do soboty!
Viks