sobota, 30 kwietnia 2016

Jest już 10.000 wyświetleń!

Kochani, dzisiaj nie przychodzę do Was z rozdziałem, tylko z niezwykłym postem! Otóż dokładnie dzisiaj (30.04.2016r.) na moim blogu wybito 10.000 wyświetleń! Jestem niezwykle wzruszona, szczęśliwa i podekscytowana! Jesteście niesamowici, naprawdę - nie wiem, jak mam Wam dziękować! Prowadzę tego blogu już dwa i pół miesiąca, a wybite jest już 10.000 odsłon! Jak dla mnie - jest to niesamowite!

 
 
Nie spodziewałam się, że ten blog będzie aż tak... Znany? Nie, znany to za dużo powiedziane. Tak często odwiedzany? Chyba tak :) Kurczę, jesteście kochani! A teraz czas na krótkie podsumowanie, co się wydarzyło na moim blogu przez te 10.000 wyświetleń.
 
- Zmieniłam wygląd bloga. Ci, którzy są ze mną od początku, wiedzą jak koszmarny był pierwszy wygląd :'D
- Łącznie na moim blogu pojawiło się 451 komentarzy! To naprawdę niewiarygodny wynik (przynajmniej dla mnie) Wiem, że te 451 komentarzy to również z moimi odpowiedziami, ale jeśli by je usunąć, wychodzi na to, że wyłącznie Wy zostawiliście to około 225 komentarzy! Jestem tak niesamowicie szczęśliwa, że sama nie wiem, co jeszcze powiedzieć...
 
 
 
- W sumie opublikowałam 21 postów. 17 rozdziałów, 1 post informacyjny, 1 wpis o nowej stronce i nagranie jak moja przyjaciółka gra na pianie ,,The Hanging Tree". (Zapraszam do skomentowania tego utworu!)  

- Kolejna rzecz, jaka mnie OGROMNIE zaskoczyła, to... Zresztą sami zobaczcie! Jestem w ogromnym szoku, że mojego bloga czytają również osoby z zagranicy! Pozdrawiam szczególnie Niemców ;)
 
 
Naprawdę, BARDZO dziękuję za wszystko. Wasze ciepłe słowa, wsparcie jakie mi okazujecie, że chociażby mój cały dzień był do bani, to i tak szeroko się uśmiecham do monitora. Dziękuję Wam. Jesteście niezastąpieni. ♥
 
Co do rozdziału (który miał być dzisiaj) to prawdopodobnie pojawi się w środę :) Mam nadzieję, że wytrzymacie. Zapraszam do komentowania poprzedniego rozdziału, ponieważ ciągle czekam na Wasze CUDOWNE komentarze.
 
Wasza autorka,
Viks
 
PS. Jeśli jakiegoś obrazka nie widać - wystarczy w niego kliknąć, to się powiększy :)

 
 


środa, 27 kwietnia 2016

Rozdział 17 - ,,Wszystko w porządku"

Jeden ruch szczotki. Drugi. Trzeci… Moje włosy są już całkowicie rozczesane, jednak nie zaprzestaję wykonywać tej czynności. Czwarty. Dwudziesty. To takie uspokajające. Moje myśli skupiają się już tylko na tym, co jest bardzo pomocne. Trzydziesty trzeci. Pięćdziesiąty ósmy. Zajmuję sobie czas tak banalną czynnością, jednak pomaga mi to. Nie rozmyślam, co jest dla mnie uspokajające. Siedemdziesiąty drugi. Osiemdziesiąty dziewiąty. Rozluźniam się, mimo, że chyba nie mam od czego. Setny. Wdech. Chyba mi już lepiej.

Moje ,,rozmyślanie” przerywa ciche i delikatne pukanie do drzwi, co oznacza, że moim gościem na pewno nie jest Johanna, bo jak już puka, to tak, że drzwi wylatują z zawiasów. Moim oczom ukazuje się Annie, która podchodzi do mnie i siada obok na łóżku.

- Katniss? – delikatnie dotyka mojego ramienia, na co szybko na nią zerkam – Czy coś się stało?

Patrzę na nią spod moich dosyć rzadkich rzęs i zastanawiam się, o co może jej chodzić.

- Nie, a czemu pytasz? Coś zrobiłam?

- Nie, nie – dziewczęco się uśmiecha. Wygląda jakby była młodsza ode mnie, a przecież jest trzy lata starsza – Tylko… Po prostu martwię się o ciebie. Wszyscy wiemy, jak bardzo cierpiałaś przez ostatni miesiąc – na to zdanie krzywię się, ale Annie kontynuuje – Ale dwa dni temu wszystko się zmieniło. Wyjaśniłaś sobie wszystko z Peetą, nawet można by powiedzieć, że wróciliście do siebie. Byłaś taka szczęśliwa. Aż do wczoraj. Znowu chodzisz taka przygnębiona, smutna… To dlatego, że nie widziałaś się wczoraj z Peetą? To znaczy… Nie chcę się wtrącać w nie swoje sprawy, ale po prostu martwię się o ciebie.

Uśmiecham się smutno. Jednak znalazła się osoba, która mnie rozszyfrowała. A już myślałam, że nikt się nie domyśli. Przygryzam wargę i wzdycham głęboko.

- Nie, to nie dlatego, że nie spotkałam się z Peetą. Po prostu… Masz rację. Wyjaśniliśmy sobie wszystko i jest jak dawniej, a nawet lepiej. Tylko się boję. Zwyczajnie się boję. Przecież mogę ponownie wszystko zepsuć. Znowu powyolbrzymiam jakieś fakty i tym razem nie uda mi się tego naprawić. Boję się, że nasze szczęście nie potrwa długo i to będzie jak zwykle moja wina. Dopiero co minęła wojna, jeszcze nie dawno była akcja z Dorą, a ja ciągle jestem cała w emocjach i… Naprawdę nie wiem, co mam robić, Annie – wyrzucam na jednym wdechu.

Annie chwilę mi się przygląda, po czym mówi:

- Nie bój się Katniss. Nie powiem, że wiem co czujesz, bo prawda jest taka, że nie mam o tym pojęcia. Mogę się jedynie domyślać. Jeśli nie chcesz zepsuć waszego związku, musisz robić to, przed czym tak bardzo się broniłaś. Musisz rozmawiać z Peetą. I przeleć swoje wszystkie emocje w jedno uczucie. W miłość do Peety.

Wzdycham w duchu. Słowa Annie głęboko do mnie dotarły, lecz ciągle nie jestem pewna, czy potrafię tak zupełnie szczerze rozmawiać z Peetą. Ale chyba będę musiała spróbować.

Naszą rozmowę przerywają otwierające się drzwi.

- Katniss, masz gości – wypala Johanna. Uśmiecha się tajemniczo, przez co zaczynam się obawiać, kto taki do mnie przyszedł.

Razem z dziewczynami wychodzę z pokoju i kieruję się o salonu. Zataję w nim opartego o ścianę Peetę, na którego widok moje serce zamiera, a na twarzy wykwita radosny uśmiech. Już do niego podchodzę, kiedy na moje ramiona rzuca się drobna postać, której wcześniej nie zauważyłam.

- Katniss! – świergocze blondynka, mocno mnie ściskając – Nareszcie mogę cię poznać.

Delikatnie odsuwam od siebie dziewczynę i przyglądam się jej uważnie. Dora jak zwykle wygląda pięknie. Swoje bujne blond loki zebrała w wysokiego koka, a na sobie ma niebieską sukienkę z czarnym pasem i równie czarnymi baletkami. Uśmiecha się do mnie radośnie i przemawia takim głosem, jakbyśmy się znały od lat.

Uśmiecham się lekko.

- Mi też miło jest cię poznać – odpowiadam. W porównaniu do jej szalonego entuzjazmu moje słowa wypadają dość sztywno, więc szybko dodaję – Dużo o tobie słyszałam.

- Naprawdę? Ja o tobie też. Właściwie Peeta mówi ciągle o tobie. Katniss jest taka piękna, ma takie niesamowicie szare oczy, i po prostu taki cudowny głos… - chichocze, przewracając radośnie oczami – Nie było chwili, kiedy o tobie nie mówił. Zakochał się w tobie po uszy – uśmiecha się szeroko i mierzy mnie wzrokiem – I wcale mu się nie dziwię. Jesteś bardzo ładna.

Rumienię się szybko i spoglądam na Peetę. Wydaje się lekko zakłopotany, ponieważ przeciera ręką kark. Podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się niepewnie.

- Choć na dach, porozmawiamy – Dora łagodnie ciągnie mnie za rękę i prowadzi ku schodom. Odwracam zdezorientowany wzrok na Peetę, a on tylko mówi bezgłośnie ,,Wybacz, ale nalegała, żeby cię poznać”.

Docieramy na dach i opieramy się o barierkę. Dora uważnie mi się przegląda. Wciąż nie mogę uwierzyć, jak można być tak pięknym. Wydaje się idealna, bez cienia skazy.

- Katniss, chciałabym się cię bardzo przeprosić. Wiem, że to przeze mnie wyjechałaś i zostawiłaś Peetę. Ale uwierz mi, ja naprawdę nic do niego nie czuję. Jest dla mnie jak brat. Pomógł mi odnaleźć ostatnią osobę z mojej rodziny, jaka mi została. Zresztą ja też mu dużo pomogłam. Wiesz, czasami miewa te swoje… Ataki. Wtedy mu pomagam, mówię, że przecież cię kocha, i że wcale nie jesteś zmiechem. Jesteśmy przyjaciółmi. Bliskimi, ale wciąż przyjaciółmi. Zresztą… Peeta kompletnie mi się nie podoba – wybucha perlistym śmiechem – Może i jest przystojny, ale zupełnie nie w moim typie.

Patrzę na nią otumanionym wzrokiem, a w głowie ciągle mi huczy. Przeprosiła mnie, chociaż powinno być zupełnie na odwrót. Ciągam powietrze pełną piersią i odwracam się do niej:

- Dora… Właściwie to ja powinnam cię przeprosić. Posądzałam cię o różne rzeczy i to było w stosunku do ciebie bardzo nieuczciwe i…

- Przestań – śmieje się, bagatelizując sprawę – Nie chowam do nikogo urazy. Z reguły jestem dość promienną i radosną osobą. Ważne, że ty i Peeta jesteście razem. Idziemy do niego i dziewczyn? – pyta.

Tak, jasne – uśmiecham się. Muszę przyznać, że polubiłam tą dziewczynę. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale jest naprawdę przemiłą osobą. Ma w sobie tyle uroku, wdzięku, czystej radości z życia i dobroci… Nie dziwię się, że Peeta się z nią zaprzyjaźnił.

W salonie Annie i Johanna zaciągają Dorę o pokoju, aby trochę ją poznać. W pomieszczeniu znajduję się tylko ja i Peeta. Chwilę się zastanawiam, gdzie podział się Haymitch, ale pewnie wyszedł się wreszcie napić.

Spoglądam na blondyna i już wiem, że zrozumieliśmy się bez słów. Sięgam po płaszcz i wychodzimy na dwór. Udajemy się w stronę parku. Przechodzimy obok pamiętnej fontanny, kiedy Peeta pierwszy raz powiedział do mnie ,,kochanie” i przy której tak świetnie się bawiliśmy...

Nasze ręce co chwila się muskają, po czym łączymy je w uścisku. Drugą ręką przyciąga mnie do siebie, tak, że stykamy się czołami.

- Wybacz, ale Dora nalegała – szepcze, trącając mnie nosem.

- Wiesz… Nawet ją polubiłam – mówię, uśmiechając się.

- Ja ją też. Ale wiesz… Ciebie lubię jeszcze bardziej… odpowiada, po czym łączy nasze usta w delikatnym pocałunku.

Stoimy na środku parku i całujemy się. Tak po prostu. Nie przeszkadza mi to, że wszyscy na nas patrzą, ani to, że ktoś może nam zrobić zdjęcie. Jestem pewna, że tego chcę. Chcę Peety. A nareszcie nadszedł moment, kiedy moje pragnienia się spełniają.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej kochani! Tak wiem, że trochę późno, ale... Ciągle mamy środę, więc się nie spóźniłam ;)
Wiem, że rozdział nic nie wnosi, nic nie ujmuje, ale, sama nie wiem... Mi się on nawet podoba. A co Wy o nim sądzicie? Czekam na Wasze komentarze (których ostatnio jest coraz mniej, co mnie trochę martwi :() Ale mam nadzieję, że pod tym postem pokażecie mi, że ciągle ze mną jesteście <3 Liczę na Was :)
PS. Zajrzyjcie do zakładki ,,Bohaterowie". Czyżby pod fotografią Katniss i Peety coś się zmieniło? ^^
PS.2 Przypominam, aby zajrzeć pod poprzedni post ,,The Hanging Tree" i KONIECZNIE go skomentować! :*
Do soboty, Trybuci i pamiętajcie... Liczę na Was!
Viks

niedziela, 24 kwietnia 2016

The Hanging Tree

Witajcie kochani
W oczekiwaniu na rozdział (który pojawi się w środę) mam dla Was małą (ogromną) niespodziankę!
Moja niezwykle utalentowana przyjaciółka - Dudi - nauczyła się grać The Hanging Tree na pianinie. I muszę przyznać, że wychodzi jej to naprawdę rewelacyjnie. Jej wykonanie naprawdę mi się podoba i mnie wzrusza, więc postanowiłam, że zaprezentuję Wam jej wykonanie tej niesamowitej piosenki. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i wyrazicie w komentarzu, co sądzicie
PS. Przepraszam za słabą jakoś i dźwięk, ale mam nadzieję, że mimo to Wam się spodoba ;)
Viks


                                   
                                                            Autor: Dudi

piątek, 22 kwietnia 2016

Rozdział 16 - ,,Bliskie relacje"

Wszystko było takie idealne. Perfekcyjne. Pierwszy raz w swoim życiu czułam, że ktoś naprawdę mnie kocha. Ale nie jak tata czy Prim. Inaczej. Sercem. Tak bardzo pragnęłam, aby to trwało wiecznie. Abyśmy wrócili do Dwunastki, zamieszkali razem i spędzili ze sobą równie wspaniałe chwile. Jednak tak się nie stało. Nawet nie wiem, w jakim momencie wszystko się rozpadło. Wszystko trysnęło niczym bańka mydlana. Czułam się taka skrzywdzona i zagubiona…

Jednak po paru tygodniach pogodziłam się z tym. Może nie pogodziłam, ale zrozumiałam, że muszę żyć dalej. Dlatego przyszłam na bankiet. To był pierwszy krok do mojego nowego życia. Miałam się z nim spotkać, porozmawiać i żyć dalej. Po prostu wystarczyło zapomnieć.

Jednak nie potrafiłam. Jak tylko go zobaczyłam z Dorą, wszystko wróciło. A jak się do mnie odezwał i przemówił swoim głosem, którym zawsze odganiał moje koszmary… Nie wytrzymałam. Musiałam mu powiedzieć, co czuję. Co czułam, po tym, jak go zobaczyłam wtedy razem z nią. I ta jego zszokowana mina… Przez chwilę miałam wrażenie, że naprawdę nie wie, o czym mówię. Ale tylko przez chwilę. Za dobrze wiem, jakim dobrym jest aktorem. Aż za dobrze.

Opieram ręce na barierce i spoglądam na Kapitol. Na ulicach ludzie świętują, że zwycięscy bawią się na bankiecie. Są tacy szczęśliwi. Tacy beztroscy. Mają wszystko.

Łzy spadają jedna po drugiej, a ja nie potrafię tego powstrzymać. Płaczę, odkąd znalazłam się na dachu. Nawet nie wiem czemu. Czuję, jakbym całe moje ciało płakało i wyło z rozpaczy. Serce, dusza, myśli… Nie znoszę tego uczucia, a jednak ogarnia mnie ono odkąd pamiętam. Rozpacz zawsze jest przy mnie. I już chyba zostanie ze mną do końca.

Jak on to robi? Jak powoduje, że moje serce tak bardzo tęskni za nim, za jego oczami, głosem i dotykiem, a mimo wszystko rozum mówi, że przecież tak bardzo mnie zranił, że wolał inną, że po prostu za długo czekał. Nie potrafię określić tego co czuję. Czy można jednocześnie kochać i mieć do kogoś żal? Kochać i być jednocześnie zranionym? Kochać i czuć… Pustkę?

Moim ciałem wstrząsają pojedyncze dreszcze. Łkam cicho, patrząc w gwiazdy. Może one mi coś podpowiedzą? Doradzą, jak rozegrać tą całą sytuację? Jestem taka zagubiona. Chyba pierwszy raz w życiu. Zawsze wiedziałam co robić, a teraz?

- Katniss? – słyszę zza pleców. Momentalnie wycieram łzy, ale nie odwracam się. Nie chcę, aby zobaczył, jak bardzo mnie zranił.

- Proszę, wysłuchaj mnie. To wszystko dzieje się tak szybko i nawet nie mam chwili, aby ci wytłumaczyć tą całą sytua…

- Idź sobie – przerywam mu szeptem. Nie chcę słychać banalnych wytłumaczeń, że on nie chciał, że to się stało tak szybko, że chciał mnie tylko pocieszyć, a pocałunek wyszedł ode mnie. Jak teraz sobie pójdzie, to może nie zranienie nie będzie aż tak bolało. Przynajmniej mam taką nadzieję. Chociaż… Podobno nadzieja matką głupich.

- Nie chcesz mnie wysłuchać? Dowiedzieć się, jak było naprawdę? – pyta rozdrażnionym i przepełnionym żalem głosem.

- Jak było naprawdę? Przecież wszystko widziałam! Nie musisz mi nic tłumaczyć, Peeta – gwałtownie się odwracam, stojąc tyłem do barierki, która odradza dach od przepaści. Wiatr rozwiewa mi włosy, jednak skupiam się tylko na Peecie – Nie jestem aż taka głupia. Raczej byłam. Nie mogę uwierzyć, że nabrałam się na te twoje gierki. To wszystko było kłamstwem. Jednym wielkim kła…

W jednej chwili czuję jego wargi na swoich. Jedną ręką unieruchamia moją głowę, wplatając ją w moje włosy, a drugą przyciąga do siebie, łapiąc mnie w pasie. Czuję jego ciało przy swoim oraz jego usta, które namiętnie mnie całują. Nie wiem, czemu to robię, ale oddaję pocałunek. Całuję go gwałtownie, wyrażając tym, jak bardzo cierpiałam, jak wielki żal do niego czuję. Wplątuję swoją rękę w jego blond kosmyki i przyciągam go jeszcze bliżej, aby między nami nie było ani grama przerwy.

Dopiero po paru chwilach odrywamy się od siebie, ciężko oddychając. Nagle uświadamiam sobie, jaki wielki błąd popełniłam. Czemu to zrobiłam? Chyba po prostu chciałam znowu poczuć, jak to jest być dla niego ważnym.

- Teraz mi wierzysz? – pyta i opiera swoje ręce na barierce znajdującej się za mną, zamykają mnie w swojej własnej pułapce – Nigdy bym cię nie zdradził, Katniss. Jesteś dla mnie całym światem. Odkąd zobaczyłem cię w wieku pięciu lat z dwoma warkoczykami i w sukience w czerwoną kratę, zaniemówiłem. Przez kolejne trzynaście lat kochałem się w tobie, ponieważ wierzyłem, że nadejdzie taki dzień, w którym odwzajemnisz moje uczucia. I w końcu doczekałem tego dnia. Pamiętasz tamten wieczór, Katniss? Chwile spędzone ze mną? Nasze rozmowy, wyznania? Myślałem, że jestem dla ciebie kimś ważnym. W końcu. Ale ty wyjechałaś. Postąpiłaś jak zwykle. Jedno zobaczyłaś, resztę sobie dopowiedziałaś, nie pytając nawet mnie, o co tu chodzi. Zraniło mnie to bardziej niż jakiekolwiek słowa. Twój brak zaufania, Katniss. To mnie zraniło.

Patrzę na niego oniemiała, a łzy, które przed chwilą zdążyły wyschnąć, ponownie zalewają moje policzki. Nic z tego nie rozumiem. Te wyznania, słowa… Czy tak by mówił, gdyby był z Dorą? Ale jak nie, to co to wszystko oznacza? Czyżbym znów postąpiła pochopnie? Czyżby to wszystko tylko mi się wydawało?

- Ja… Nic nie rozumiem. Nawet nie wiem o czym mówisz – szepczę.

- Wiem, ponieważ od miesiąca nie dajesz mi dojść do słowa. Gdybyś tylko zapytała… - bierze głęboki oddech i przeczesuje rękami włosy, ponownie na mnie zerkając – Nie płacz już, proszę. Nie mogę patrzeć, jak przeze mnie wylewasz łzy.
Otwiera ramiona, a ja wpadam w nie bez wahania. Wybucham jeszcze głośniejszym płaczem i kurczowo się go łapię. Peeta zaczyna gładzić mnie po włosach.

- Ćsi… Wszystko ci wyjaśnię. Oboje zawiniliśmy.

***
Siedzę na dachu, wtulona w Peetę. Znów czuję to przyjemne ciepło, kiedy jesteśmy obok siebie. Marzę o tym, aby trwało to jak najdłużej. Jestem tak zamyślona, że wzdrygam się na głos Peety.

- To… Co chcesz wiedzieć? – pyta i przeczesuje palcami moje włosy. Wykonuje takie delikatne i czułe ruchy, że odpowiadam dopiero po dłuższej chwili.

- Wszystko. Kim jest Dora? Skąd ją znasz? Dlaczego macie ze sobą takie bliskie relacje? Kompletnie nie wiem o co chodzi, od momentu, kiedy zobaczyłam cię z nią w kawiarni – mówię zrezygnowanym głosem.

- Zacznę od początku. Przyjechałem do Kapitolu na badania, pamiętasz? Poznałem Dorę w szpitalu. Szedłem właśnie o swojego lekarza po wypis, kiedy zobaczyłem ją rozmawiającą z jakąś lekarką. Już miałem przejść dalej, kiedy usłyszałem nazwisko ,,Paylor”. Zatrzymałem się przy niej i spytałem, w czym mogę pomóc. Powiedziała, że szuka Constanci Paylor i nigdzie nie może jej znaleźć. Ktoś podał jej informację, że pracuje ona w szpitalu.

- Zaraz, co? To ona nie wie, kto jest prezydentem Panem? – przerywam mu zaskoczona.

- Właśnie nie wiedziała. Wracała właśnie z Siódemki po wojnie. Mieszkała u jakiejś starszej pani podczas wojny, ponieważ straciła wszystkich. Rodziców, starszego brata i młodszą siostrę.

- To czemu szukała akurat Paylor?

- Spokojnie, już do tego dochodzę – Peeta uśmiecha się do mnie – Od dzieciństwa nie miała nikogo oprócz swojej rodziny i siostry swojej matki. Constanci Paylor. Jest jej siostrzenicą. Chciała ją odnaleźć, nie miała już nikogo. I tak się poznaliśmy. Opowiedziałem jej kim jest Paylor, a ona odszukała ją. Teraz mieszkają razem. Są naprawdę zżyte. A my z Dorą się przyjaźnimy. Dużo mi pomogła. Poza tym naprawdę cię lubi.

- Mnie? Nawet mnie nie zna.

- Powiedzmy, że dużo o tobie słyszała. Właściwie ciągle rozmawialiśmy o tobie. Pomogła mi się pozbierać i prosiła, a wręcz kazała mi, abym odzyskał swoją miłość - śmieje się cicho, coś sobie przypominając.

Jestem zszokowana. Byłam taka głupia… Jak mogłam pomyśleć, że są razem? Czyżbym naprawdę aż tak bardzo nie wierzyła swojemu chłopcu z chlebem?

- Peeta, prze… Nawet nie. Nie mam słów, aby cię przeprosić. Jestem taką egoistką. Nie pomyślałam, działałam impulsywnie. Zresztą Dorę też przeproszę. Wszy…

Peeta ponownie przerywa mi pocałunkiem, tym razem delikatnym i pełnym miłości.

- Najważniejsze, że cię odzyskałem. Teraz nic nie stanie nam na drodze. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. I mam nadzieję, że teraz będziesz mi ufać.

- Obiecuję – szepczę, a w myślach dodaję ,,Przecież cię kocham. Już zawsze będę ci ufała”.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem -_- Dwa dni spóźnienia są niewybaczalne, ale jest koniec miesiąca i mam po prostu rwanie głowy. W dodatku przez cały ten tydzień wracałam późno do domu i byłam taka zmęczona, że nie dawałam rady nic napisać :( Przepraszam kochani.
Mam nadzieję, że chociaż ten post wynagrodzi Wam czekanie, otóż... Wszystko się wyjaśniło! I? Zaskoczeni? Niektórzy już się domyślali mojego planu ;) Czekam na Wasze komentarze! :D
Co do następnej notki... Nie wiem, kiedy będzie. Prawdopodobnie w środę, ale może mi się uda coś napisać jeszcze na sobotę. Potem wszystko wróci do normy i notki będą regularnie. Obiecuję |||
Do następnej notki! <3 Dziękuję, że czekaliście. Mam nadzieję, że wesprzecie mnie komentarzami. :)
Viks

sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział 15 - ,,Rozmowy"

Rozglądam się. Wszędzie widzę mnóstwo osób. Piękne suknie i kosztowne garnitury migają mi przed oczami. Sala jest duża i pięknie urządzona. Ogromny parkiet wyłożony jest dębowymi deskami. Dookoła niego poustawiane są stoliki nakryte białymi obrusami i talerzami pełnymi wykwintnego jedzenia. Próbuję odnaleźć kogoś znajomego, jednak jest tyle ludzi, że wszystko mi się miesza.

Zajmujemy z dziewczynami wolny stolik. Po paru chwilach podchodzi do nas Beetee, którego wcześniej nie zauważyliśmy. Ma na sobie granatowy garnitur, a w ręku trzyma kieliszek z szampanem.

- Witaj - uśmiecham się do niego.

- Witajcie. Pięknie wglądacie - Beetee poprawia sobie okulary, po czym rozgląda się po sali - Nie przyszedł może z wami Haymitch?

- Rozstaliśmy się przed drzwiami. Szukaj go na dziale z alkoholami - rzuca Johanna, po czym Beetee kiwa głową i odchodzi.

Po paru chwilach Johanna również odchodzi, jednak po momencie wraca. W ręku trzyma takie same kieliszki jak Beetee. Patrzę na nie z niesmakiem i kręcę głową.

- Johanna... Wolałabym dzisiaj nie pić.

- Niby czemu? Zresztą, jednym kieliszkiem szampana nawet dziecko by się nie upiło - mówi, po czym podaje kieliszek Annie - Dzisiaj każdy pije. Musisz się trochę zrelaksować - dodaje i wciska mi napój w rękę.

- Zrelaksować? Na balu sztywniaków? Nie da rady - mamroczę, na co Johanna i Annie wybuchają śmiechem. Podnoszę kieliszek do nosa i wącham jego zawartość. Biorę łyk i ku mojemu zdziwieniu, napój mi smakuje.

Rozmawiam z dziewczynami przez długi czas, a bankiet zaczyna się rozkręcać. Dużo osób baluje teraz na parkiecie, a jeszcze więcej siedzi przy stole i opycha się jedzeniem. Właśnie miałam wstać i poszukać Haymitcha, kiedy podchodzi do mnie Paylor. Ma na sobie granatową, długą do ziemi suknię. Jest bez ramiączek, za to na sukience widać delikatne złote nitki. Do tego ma złote szpilki i biżuterię w tym samym kolorze. Włosy spięła w wysokiego koka.

- Katniss. Miło cię widzieć. Już się obawiałam, że nie przyjdziesz. Jak się czujesz? Mam nadzieję, że choroba już minęła - mówi Paylor, a ja patrzę na nią oniemiała. Dopiero po chwili przypominam sobie, że nie było mnie za zebraniach, więc Johanna i mój mentor wymyślili, że byłam chora.

- A, tak. Czuję się już lepiej, dziękuję - robię coś na wzór uśmiechu, ale raczej mi to nie wychodzi. Prezydent nic nie mówi, tylko lustruje mnie wzrokiem. Po chwili uśmiecha się i oznajmia:

- Chodź, przedstawię ci wybranych burmistrzów. Opowiesz im o rewolucji, moich rządach i trochę ich poznasz. Wielu już pytało, kiedy będą mogli poznać kosogłosa, dziewczynę igrającą z ogniem czy jak tam jeszcze na ciebie mówili - prycha - Tylko proszę cię, bądź w miarę miła, dobrze? To ważny bankiet, zależy mi, aby moje rządy trwały jak najdłużej. Wiedz, że nie chcę powrotu Igrzysk, głodu i śmierci. Ale żeby utrzymać się na stanowisku, muszę mieć poparcie kogoś silnego. Snow miał szereg zwolenników, przez co panował dość długo. Ja również chcę mieć poparcie w ważnych osobach. A jedną z nich jesteś właśnie z nich. Ludzie idą za tobą, słuchają cię. Jesteś dla nich wzorem. Jak pokażesz im, że jesteś za tym, aby nie było Igrzysk, będą cię jeszcze bardziej podziwiać. Mam do ciebie szacunek, kosogłosie - zatrzymuje się i patrzy mi w oczy - Nie pozwólmy, aby Igrzyska i duch Snowa zawładnęły państwem.

Patrzę na Paylor spod przymrużonych powiek. Ma rację, zresztą jest bardzo inteligentną osobą. Tylko nie rozumiem do końca, do czego jestem jej aż tak potrzebna. Czy moje poparcie jest tak ważne dla jej rządów? Jeśli tak, to zgadzam się. Porozmawiam z burmistrzami i powiem im, że Paylor zasługuje na rządzenie Panem. Skoro przez to nie będzie Igrzysk, to mogę to zrobić. Pomagała mi na wojnie, teraz ja pomogę jej.

Razem z Paylor przez dobre dwie godziny prowadzimy rozmowy z burmistrzami. Wydają się w porządku, w końcu pochodzą z Dystryktów. Paylor daje im wskazówki jak mają odnosić się do mieszkańców, omawia z nimi gospodarkę, jaką będzie prowadził każdy Dystrykt i ogólnie rozmawia na tematy biznesowe. Ja im przeważnie gratuluję i opowiadam o rewolucji. Niektórzy pytają o Coin i jej rządy. Ciężko mi o tym mówić, ale daję radę. Opowiadam im o jej metodach sprawowania władzy i o tym, jak bardzo faworyzowała Dystrykt 13. Po dwunastu takich rozmowach wracam wycieńczona do stolika, gdzie czekają na mnie Johanna i Anie.

- Jestem wykończona - mówię na jednym tchu i sięgam po kieliszek, który wypijam jednym duszkiem.

- Dziewczyno, szalejesz - śmieje się Mason - Paylor aż tak bardzo cię wymęczyła?

Opowiadam im o tym, co robiłam przez cały ten czas i na końcu dodaję:

- Mam dość rozmów na długi czas - wzdycham. Nakładam sobie na talerz jakieś mięso i sałatkę, i zaczynam jeść. Dowiaduję się, że podczas mojej nieobecności Johanna zdążyła zatańczyć z Beetee'm i wylać sos z wazy na jakiegoś kelnera. Śmieję się również, kiedy dowiaduję się, że chciała wystraszyć Haymitcha i podeszła do niego od tyłu i powiedziała ,,Przestań już pić dziadku, bo ci brzuchal urośnie". Najlepsze było to, że pomyliła się i osoba do której mówiła, wcale nie była Haymitchem, tylko jakimś starszym panem.

Nalewam sobie właśnie kolejny kieliszek szampana, kiedy Annie wskazuje na coś przy wejściu.

- Jeszcze tego brakowało - klnie pod nosem Johanna.

Odwracam głowę we wskazanym kierunku i zamieram. Przy wejściu stoi Peeta z Dorą. Ma na sobie czarny garnitur i nieskazitelną białą koszulę. Za to Dora wygląda jak prawdziwa księżniczka. Ma na sobie białą sukienkę przed kolano z koronki, a pod spodem podszewkę, aby nic jej nie prześwitywało. Do tego niebieskie baletki i wianuszek na długich blond lokach. Wyglądają niesamowicie.

W pewnym momencie podchodzi do nich Paylor. Dora rzuca się jej na szyję i przytula ją. Jest to dla mnie duży szok, bo niby skąd Paylor zna dziewczynę Peety? ,,Dziewczynę Peety"... Jak to dziwnie brzmi.

Prezydent mówi coś do nich, na co oboje na mnie spoglądają. Dora macha do mnie wesoło i odchodzi razem Paylor. Zaraz, czemu ona mi macha? Jest aż taka głupia? Chce, żebym miała ją za ,,przyjaciółkę"? Przecież przez nią wyjechałam, przez nią i Peetę...

Spoglądam na niego i wszystkie wspomnienia wracają. Pocałunek, którym wybudził mnie z koszmaru, chwile spędzone tylko z nim. Jego gesty przepełnione miłością i ten czuły wzrok... Jego usta na moich i wyznanie, że nigdy mnie nie opuści. A potem zdrada. Na wspomnienie tego dnia, ból ogarnia moje serce, a adrenalina zaczyna pulsować w moich żyłach.

Widzę jak patrzy na mnie i zmierza w moją stronę.

- Po co on tu idzie? - denerwuje się Johanna - Wystarczająco namieszał. I jeszcze przyprowadził ze sobą tą dziunię.

Podchodzi do naszego stolika i patrzy mi w oczy, a moje serce zamiera. Ale tylko na chwilę.

- Katniss... Możemy porozmawiać? - pyta tym swoim czułym głosem, jednak nie daję się nabrać.

- Porozmawiać?! Teraz, tak?! Już za późno, Peeta - wymówienie jego imienia sprawia mi pewną trudność, ale daję radę - Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś? Jak mogłeś? Tak bardzo chciałeś mnie zranić? Jeśli tak, to udało ci się to. Nie chcę cię znać - wymijam go i udaję się do wyjścia. Łzy ciekną mi po policzkach, ale wiem, że postąpiłam słusznie. Kiedy już wychodzę, słyszę poirytowany głoś Johanny:

- Czego ty jeszcze chcesz? Wystarczająco ją zraniłeś, Mellark. Idź do swojej nowej dziewczyny.

Wybiegam z sali balowej i szukam jakiegoś schronienia, aby się uspokoić. Znajduję schody prowadzące na wyższe piętro. Wspinam się na nie, a kiedy docieram na górę, orientuję się, że jestem na dachu. Patrzę w gwiazdy i pozwalam łzom płynąć. Na zawsze.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej! Jak tam spędzacie weekend? Ja osobiście wyjechałam na wieś, aby trochę odpocząć ;)
I jak Wam się podoba wpis? Czekam na Wasze komentarze! Proszę, jeśli tylko czytasz, poświęć te 2 minuty na skomentowanie ;)
Dzisiaj wyjątkowo nie mam dla Was ogłoszeń :DD Miłego czytania i komentowania! Na wszystkie komentarze odpowiem
Do środy, kochani!
Viks



środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział 14 - ,,Więzy strachu"

Jestem w Kapitolu od dwóch godzin. Właściwie przez ten czas nie zrobiłam nic innego, oprócz patrzenia w sufit mojego pokoju w Ośrodku. Leżę na łóżku i myślę. Właściwie sama nie wiem o czym. Trochę o życiu, trochę o igrzyskach, a trochę o jutrzejszym bankiecie. Chciałabym mieć go już za sobą. Może nie tyle bankiet, co spotkanie z Peetą. Ze zdrajcą. Z oszustem.

Wdech. Przestań o tym myśleć, ganię się w głowie. Zaraz wróci Johanna z Annie. Wyruszyły do centrum w poszukiwaniu kreacji. Chciały mnie wyciągnąć ze sobą, ale widząc moją minę, szybko zrezygnowały. Obiecały tylko, że wybiorą mi coś ,,oszałamiającego”. I tak mnie to nie obchodzi. Będę się chciała jak najszybciej stamtąd urwać.
Annie również zatrzymała się w ośrodku. Powiedziała, że musimy się trzymać razem. Tylko Beetee i Enobaria mieszkają gdzieś indziej. I oczywiście Peeta.

Moje rozmyślenia przerywają uchylające się drzwi. Instynktownie podnoszę się do pozycji siedzącej, aby sprawdzić, ktoś przyszedł. Moim oczom ukazują się Annie i Johanna z niezliczoną ilością pudeł. Wszystkie trzy siadamy na dywanie. Patrzę na nie pytającym wzrokiem.

- Tak, dużo tego jest – mówi Johanna, robiąc taką minę, jakby pierwszy raz zobaczyła te pudła – Ale jeszcze buty, dodatki i tak dalej.

- To co tam kupiłyście? – pytam, dziwiąc się sama sobie, że mnie to ciekawi.

Najpierw pokazują mi sukienkę Annie. Jest długa do ziemi w kolorze morskim. Ma dekolt w kształcie serca. Rękawy i ramiona okryte są koronkowym materiałem, który zlewa się z dekoltem. Całość delikatnie się mieni. Do tego ma białe, proste szpilki i białe kolczyki, które wyglądają jak perełki.

Za to Johanna postawiła na krótką sukienkę przed kolano. Jest czerwona i ma długie rękawy. Z przodu wydaje się prosta, lecz tył wprawia w osłupienie. Johanna ma gołe plecy, aż po kość ogonową. Do tego czarne szpilki z podbiciem pod palcami i długie, równie czarne kolczyki. Mimo odkrytego tyłu, sukienka bardzo mi się podoba.

- Łał. Wasze suknie są naprawdę piękne i… Odważne – tu patrzę na Johannę, która wybucha śmiechem.

- No co? Niech popatrzą sobie na prawdziwe piękno, a nie jakieś sztuczne w stylu Kapitolu – mówi.

- Nie martw się, dla ciebie też coś mamy – Annie wyjmuje moja sukienkę.

To co widzę sprawia, że moje oczy momentalnie się szklą. Moja sukienka jest wyjątkowa. Nie wiem skąd ją wzięły, ale wygląda jak spod ręki Cinny. Wiem, że będzie idealnie na mnie leżeć i ja sama będę w niej pięknie wyglądać.

Sukienka jest czarna do ziemi. Rękawy są zrobione z delikatnego materiału, który lekko prześwituje. Materiał z rękawów przechodzi na piersi, zaplatając się, przez co mój dekolt wygląda jakby był szyty z najcenniejszych nici na świecie. Sploty opinają moje ciało aż do tali, gdzie tam delikatnie się rozpuszczają. Jest szykowna, a kiedy chodzę, wydawać by się mogło, że sukienka rozsypuje wokoło srebrzyste iskry. Cała suknia przypomina mi skrzydła kosogłosa. Jest piękna.

- Ja… - po moich policzkach spływa samotna łza na wspomnienie Cinny i jego równie wspaniałych projektów – To jest takie magiczne… Cinna… On robił identyczne… I ja po prostu czuję, jakbym znowu w rękach miała jego projekt…

- Poniekąd to jest jego projekt – stwierdza Johanna.

- Jak… Jak to? – pytam. Przecież to niemożliwe, na moich oczach zamordowano Cinnę. Czy on… Czy on jednak żyje? Pytam o to dziewczyny, a one opowiadają mi całą historię.

- Cały dzień szukałyśmy sukienki dla ciebie, ale nie mogłyśmy nic znaleźć. W końcu postanowiłyśmy udać do Tigris. Przyjęła nas w miarę serdecznie, ale jak zwykle była mało mówna. Ożywiła się dopiero, kiedy powiedziałyśmy, że szukamy dla ciebie idealnej sukni. Natychmiast wyszła na zaplecze i przyniosła nam tą sukienkę. Kiedy ją zobaczyłyśmy, od razu powiedziałam, że wygląda jak spod ręki Cinny. Kiedy Tigris usłyszała jego imię, zrobiła dziwną minę, spakowała sukienkę i chciała nas siłą wypchnąć ze sklepu. Jednak kiedy powiedziałam, że dla ciebie Cinna był bardzo ważny, wpuściła nas do środka i zaczęła opowiadać swoją historię. Podobno miała wszystko, co można sobie wymarzyć. Piękny dom, bogatą rodzinę i … Brata. Bardzo go kochała. Oboje mieli talent do projektowania, jednak jemu zawsze wychodziło to lepiej. Jednak Tigris się nie poddawała. Dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że projekty jej brata są inne, niż wszystkie, jakie w życiu widziała. Każdy na ich widok się zachwycał. Były niezwykłe, ale również odważne. Było to stroje buntu. Ktokolwiek je zobaczył, wiedział, że czas na zmiany. Na nowe Panem. W wieku siedemnastu lat Tigris szykowała się na konkurs, w którym trzeba było naszkicować idealny projekt określający potęgę Kapitolu. Jej brat również brał udział w konkursie. Jednak, kiedy Tigris zobaczyła projekt brata, przeraziła się. Naszkicował on bowiem kostium. Jednak nie jakiś zwykły. Był to kostium na wojnę. Zapierał dech w piersi, ludzie szaleli na jego widok. Składał się z elementów ze wszystkich Dystryktów. Przedstawiał on bowiem upadek Kapitolu. Tigris chciała zniszczyć projekt brata, aby nie narobił sobie problemów, jednak było już za późno. Jej ojciec na widok tego, co zobaczył w projekcie syna, już nie wytrzymał. Wziął broń palną i udał się na strażników pokoju. Krzyczał, że Kapiol to zło, że trzeba go zniszczyć. Powiedział że jego potęga jest zbudowana na cierpieniu Dystrytów. Chciał walczyć, jednak nie udało mu się to. Został zastrzelony. Po tym wydarzeniu Tigris kompletnie się załamała. Tej samej nocy w domu wybuchła straszna awantura. Spaliła wszystkie projekty swojego brata, wykrzykując mu, że przez niego ich ojciec umarł. Jednak jej matka stała po stronie jej brata. Zrozpaczona Tigris nie wiedziała co robić, więc zerwała kontakty z rodziną. Obwiniała brata, że przez jego bunt, straciła bliską osobę. Przeniosła się do samego centrum Kapitolu i zmieniła się nie do poznania. Nie chciała, aby kojarzono ją z ta rodziną. Po pewnym czasie przyjęto ją jako stylistkę. Radziła sobie świetnie, a z każdym rokiem coraz bardziej jej ciało się zmieniało. Kiedy zaczęła przypominać nieludzką istotę, zwolniono ją z pracy. Zrozpaczona, otworzyła swój sklep, każdego roku oglądając Igrzyska i stroje na nie przygotowane. Aż pojawiłaś się na wywiadzie przed 74 Igrzyskami. Twoja suknia wydała się jej dziwnie znajoma, a kiedy zapłonęłaś, zrozumiała wszystko. Jej brata zatrudniono jako twojego stylistę. Wiedziała, że teraz nie ma już dla niego szansy. Zniszczą go, ponieważ siał bunt i niepokój. Jednak po twojej wygranej nic się nie działo. Tigris zebrała się na odwagę i poszła do brata. Prosiła, krzyczała i błagała, aby się opamiętał. Że może doprowadzić do swojej śmierci. Lecz on nie chciał jej słuchać. Powiedział, że on chce zmienić Kapitol. Że Dystrykty nie zasługują na taki los. Tigris była załamana. Lecz to, co zobaczyła na Ćwierćwieczu, kompletnie wyprowadziło ją z równowagi. Wiedziała, że jej brat już się nie obroni. Przecież otwarcie sprzeciwił się Kapitolowi i samemu Snowowi. Po paru miesiącach dowiedziała się o śmierci brata. Następnie wybuchła wojna. I pojawiłaś się u niej ty wraz ze swoją ekipą. Tigris jednak wiedziała co robić. Przyjęła was. Zrobiła to dla swojego brata, bo zrozumiała, że może gdyby ona również miał tyle odwagi co on, jeszcze by żył. Cierpiała po jego śmierci, jednak wiedziała, że to co zrobił było słuszne. Kiedy wygrałaś już wojnę, Tigris na nowo zaczęła projektować. W swoich szkicach przedstawiała okrucieństwa Igrzysk i wojny. Zaprojektowała również tą suknię dla ciebie. Wiedziała, że jej brat chciałby, aby twoja przygoda z byciem kosogłosem zakończyła się w wielkim stylu. Zrobiła to, aby wynagrodzić wszystko swojemu bratu. Swojemu Cinnie.

***

Stoję przed lustrem. Wyglądam pięknie. Suknia od Tigris idealnie na mnie leży. Widać, że ma tak wielki talent, jak jej brat. Przy nawet najdelikatniejszym ruchu wydaje się, że z mojej sukienki spadają delikatne iskry. Mam na sobie również srebrny naszyjnik i malutkie, srebrne kolczyki w kształcie kuleczek, a na nogach czarne, zamszowe szpilki. Włosy mam zakręcone w loki, a na twarzy delikatny, aczkolwiek ciemny makijaż. Wiem, że to się nawzajem wyklucza, ale wyglądam zarazem delikatnie i tajemniczo. Pięknie i mrocznie. Jak prawdziwy kosogłos.
Wracam wspomnieniami do wczorajszej opowieści Johanny. Przeżyłam duży szok. Nie spodziewałam się, że Tigris jest siostrą Cinny. I że Cinna już w młodości projektował takie stroje, co zresztą doprowadziło do śmierci jego ojca. Bardzo mnie ta historia wzruszyła. I Tigris i jej brat mieli zarazem niesamowite i straszne dzieciństwo. Oboje niezwykle uzdolnieni, a jednak tacy różni…

***

Stoję przed drzwiami, za którymi znajduje się sala bankietowa. Obok mnie stoją Annie i Johanna. Obie mówią, że będą przy mnie i żebym się nie stresowała. Ja sama mam już ustalony plan wieczoru. Porozmawiam z Paylor, z burmistrzami, trochę zjem i pójdę do Ośrodka. Nie uwzględniam spotkania z Peetą, a co bardziej z Dorą.

Żyję własnym życiem. Już się nie boję. Nie jestem niepewna. Dociera to do mnie w chwili, kiedy znajduję się na sali.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, kochani! Jednak się wyrobiłam :)
I jak Wam się podobał ten rozdział? Ja nieskromnie przyznam, że jest to jeden z moich najlepszych wpisów. Ale jeśli wy uważacie inaczej... Podobno autor swoich prac nie umie się oceniać obiektywnie, więc czekam na Wasze opinie! ;)
W tym rozdziale powspominaliśmy Cinnę [*] Zaskoczyłam Was tym, z kim jest związany? Właściwie nie miałam w planach tego pisać, ale... No nie wiem, tak jakoś wyszło. Mam nadzieję, że Was zaskoczyłam :)
Czekam na Wasze komentarze, bo tylko one sprawiają, że moje dni są naprawdę szczęśliwe :D Tylko proszę, powstrzymajcie się od gróźb w komentarzach :')
Do soboty! :*
Viks

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział 13 - ,,Wyjaśnienia"

Siedzę przy stole i czekam na Johannę. Jest już dość późny wieczór, a jej ciągle nie ma. Postanowiłam z nią porozmawiać i przeprosić za swoje zachowanie. O ile zdoła mi wybaczyć. Nie mogę uwierzyć, że w miesiąc moje całe życie aż tak bardzo się skomplikowało.

Nagle drzwi się otwierają i staje w nich zmarznięta Johanna z dwiema torbami. Gdy zauważa mnie przy stole, szeroko otwiera oczy.

- Przepraszam, że wracam tak późno, ale robiłam zakupy po drodze – mamrocze i udaje się do kuchni. Podążam za nią i opieram się o framugę drzwi, zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy Johanna przyjechała tu po raz pierwszy.

- Słuchaj… Możemy porozmawiać? – pytam niepewnie, skubiąc wystające nitki z za dużego swetra. Od dawna nie czułam się taka niepewna. Zawsze byłam obojętna, nie zwracałam uwagi na zdanie innych. A teraz?

- Tak, jasne – odpowiada Mason z wahaniem, po czy robi nam po herbacie i udajemy się do salonu.

Siadamy na dywanie. Po chwili milczenia, wreszcie się odzywam:

- Johanna… Wiem, że moje zachowanie przez ostatni miesiąc było złe. Złe to nawet za delikatne słowo, zachowywałam się po prostu niesprawiedliwe. W stosunku do Haymitcha, Annie, a najbardziej w stosunku do ciebie. Byłam egoistką, lecz ja po prostu… – biorę głęboki oddech, ponieważ mój głos zaczyna niebezpiecznie się trząść, a nie mogę pozwolić sobie na słabość – Nie umiałam sobie poradzić z całą tą sytuacją… Bardzo cierpiałam i przez to odsunęłam się od was wszystkich. Przepraszam.

Johanna patrzy na mnie uważnie, po czy przysuwa się do mnie i obejmuje mnie ramieniem.

- Rozumiem, że to jest dla ciebie trudne i że bardzo cierpisz. My wszyscy po prostu martwiliśmy się o ciebie. I może to zabrzmi za bardzo po mojemu, ale narobiłaś nam strachu, ciemna maso.

Śmieję się. Tak po prostu. Pierwszy raz od paru tygodni, wreszcie się uśmiecham. Mimo tego, że ból w sercu nie zniknął, wiem, że potrzebuję Johanny, a ona mnie. Muszę skończyć z użalaniem się nad sobą. Czas na zmiany. Na nową Katniss Everdeen.

***

Rozmawiamy parę godzin, o tym, co się działo pod moją ,,nieobecność”. Krzywię się, kiedy dochodzimy do tematu zebrań i Kapitolu. Dowiaduję się, że Johanna była na pozostałym zebraniu i burmistrze zostali już wybrani.

- Musimy wreszcie powiedzieć Paylor prawdę – mówi zamyślona Mason.

- Co? Jaką prawdę? – pytam zdezorientowana.

- Wiesz… Razem z Haymitchem nie wiedzieliśmy, jak wytłumaczyć twoją nieobecność. Zmyśliliśmy, że jesteś chora, jakiś nawrót zakażenia z Igrzysk. Była trochę podejrzliwa, ale oznajmiła, że zebrania ci odpuści. Jednak na bankiecie musisz być. Powiedziała, że chce, aby nowi burmistrze wiedzieli, że sprawuje ona uczciwe rządy i kosogłos jest po jej stronie. Ważne, żebyś na bankiecie się uśmiechała, była miła i rozmawiały z tymi dupkami, którzy będą rządzić Dystryktami – Johanna wywraca oczami – Katniss, wiem, że nie chcesz tam jechać i że to będzie dla ciebie trudne. Jednak musisz. Paylor odkłada ten bal od dwóch tygodni. Ostateczny termin jest za dwa dni, najpóźniej jutro musimy być w Kapitolu.

Nie… Nie chcę tam jechać. Ponad miesiąc temu to właśnie stamtąd uciekłam. Nie chcę wracać to tego sztucznego miasta, sztucznych ludzi i sztucznych… uczuć. Jednak mam jakiś wybór? Paylor to przede wszystkim żołnierz, wybitny strateg, a teraz w dodatku prezydent Panem. Nie mogę jej odmówić, skoro to dla niej takie ważne.

- Katniss? – dobiega mnie pytanie mojej przyjaciółki.

- Tak? – odpowiadam zamyślona.

- Nie odpowiedziałaś mi. Nie będziesz stwarzać problemów, prawda? Znaczy wiesz… Problemy to moje drugie imię, ale chcę mieć ten cały śmietnik już za sobą – mówi sarkastycznie Johanna, po czym obie wybuchamy śmiechem.

- Tak jest, szefowo. Obiecuję, że będę grzeczna – staram się powstrzymać śmiech, ale jakiś mi to nie wychodzi.

- No ja myślę.

***
Siedzę już w poduszkowcu i rozmyślam nad wczorajszym dniem. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko z Johanną. Poszłam nawet do Haymitcha, aby go przeprosić. Tyle dla mnie zrobił. Podczas Igrzysk i po nich. Zawsze mnie wspierał. Nawet nie zauważyłam, kiedy stał się dla mnie jak ojciec. Nie wyobrażam sobie, abym i od niego się odwróciła.

Po raz kolejny dziś, wyglądam przez okno. Boję się. Boję się wrócić do Kapitolu. Wiążą się z nim same złe wspomnienia. Przy ostatnim pobycie myślałam, że wszystko się ułoży. Jednak myliłam się. Peeta wszystko zniszczył. Peeta…

Spotkania z nim również się boję. Jednak wiem, że to nieuniknione. Musi pojawić się jutro na bankiecie. A co jak do mnie podejdzie? Zresztą… W sumie po co? Aby wytłumaczyć się z tamtego dnia? Dnia, od którego wszystko się zaczęło…

Spaceruję z Johanną i Annie po Kapitolu. Co rusz śmiejemy się i wygłupiamy. W końcu podchodzimy do stoiska z lodami i każda z nas zamawia sobie trzy gałki.

- Ja nie wiem, jak ja to zjem – śmieje się Annie.

- Nie martw się. Johanna po nas doje.

- Tak, jasne. Chcecie mnie utyć – Johanna udaje zdenerwowaną.

Wszystkie wybuchamy śmiechem. Nagle przypominam sobie wczorajszą noc. Mleko z miodem, rozmowa o gwiazdach, koszmar o Prim i Peecie, pocałunek i obietnica. Obietnica, dzięki której wiem, że Peeta i ja, to coś o co warto walczyć. Walczyłam i zwyciężyłam. Peeta obiecał, że na zawsze będzie ze mną. I mam nadzieję, że dotrzyma słowa. Razem wyjedziemy do Dwunastki i zaczniemy wszystko od nowa. Razem.

- Katniss… - dobiegają mnie głosy dziewczyn.

- Tak? – pytam zdezorientowana.

- Pytałam, czemu kolejnego dnia z rzędu nie spędzasz z Peetą – uśmiecha się rudowłosa.

- Zadzwonił do mnie rano i odwołał spotkanie. Powiedział, że mu coś wypadło i spotkamy się wieczorem – marszczę czoło. Peeta nie wyjawił, co takiego ma do załatwienia, tylko szybko się rozłączył, jakby bardzo się spieszył. Nie zastanawiam się nad tym zbytnio i uśmiecham się na myśl o dzisiejszym wieczorze.

- Wieczorem? Tak jak wczoraj? Dobrze wiem, że zostałaś u Peety na noc – mówi Johanna, uśmiechając się w połowie złośliwie, a w połowie, jakby była naprawdę szczęśliwa – Co tam się wydarzyło?

- Johanna! – chichoczę.

- No co? Weź przestań, umieramy z ciekawości. Coś musiało się wydarzyć, inaczej nie chodziłabyś taka rozanielona cały dzień.

Opowiadam im w skrócie wczorajszy wieczór. Obie mają dziwne miny i uśmiechają się tajemniczo.

- I? Co się tak uśmiechacie? – pytam.

- Zakładałyśmy, że właśnie coś takiego się stanie. Przecież jesteście dla siebie stworzeni – mówi Annie, na co robi mi się cieplej na sercu. Spacerujemy jeszcze chwilę, po czym ustalamy, że czegoś się napijemy. Udajemy się do kawiarni. Stajemy przy blacie u już mamy zamawiać kawy, kiedy Johanna mocno trąca mnie ramieniem.

- Ał – syczę z bólu – Co jest?

- Czy to… Czy to Peeta? – pokazuje na stolik pod oknem.

Patrzę pod oknem i zamieram. Przy stoliku siedzi Peeta z drobną dziewczyną. Trzyma ją za rękę, a ona się do niego przytula. Ma lekko kręcone blond włosy i jest ładna. Bardzo ładna. Oboje zresztą wyglądają jak z obrazka. W pewnym momencie dziewczyna robi smutną minę i szepcze coś Peecie na ucho. On patrzy na nią i delikatnie się uśmiecha.

- Nie martw się. Przecież jestem tu z tobą. Przepraszam, że ostatnio cię zaniedbywałem, ale musiałem dokończyć sprawę z Katniss. Wiem, że bardzo to przeżywałaś, ale od teraz będę spędzał z tobą więcej czasu - Peeta troskliwie podnosi dziewczynie brodę - Wierzysz mi, prawa? Dora, przecież ustaliliśmy, że od teraz nikt nie rozdziali. Wspieramy się, prawda?

Nagle wszystko nabiera sensu. To jest tra dziewczyna z którą rozmawiał przez telefon, kiedy pierwszy raz przyszłam do niego. Dora. Dziewczyna Peety. Zaczyna mi się robić słabo, więc opieram się o blat.

Kątem oka widzę zszokowane miny Johanny i Annie. Lecz nie reaguję. Nic nie robię. Po prostu patrzę na tę szczęśliwą parę i myślę ,,dlaczego”?

Dopiero po paru chwilach Peeta orientuje się, że ktoś mu się przygląda. Podnosi na mnie wzrok, a jego oczy zdradzają, że jest równie zszokowany moją obecnością, co ja widokiem jego dziewczyny.

Czuję, jak się zapadam. Tuż przed upadkiem widzę, jak Johanna podchodzi do niego i powala go pięścią. Nastaje ciemność, a w mojej głowie słyszę tylko jedno słowo : zdrada.


Potrząsam głową, wyrzucając to wspomnienie z głowy. Fotel poduszkowca jest mokry od moich łez.

Zaraz po tym wydarzeniu zabrałam walizkę z Ośrodka Szkoleniowego i pojechałam o Dwunastki. Nie sądziłam, że będę musiała tu wracać. Że znowu spotkam się z Peetą. Że ponownie moje serce rozpadnie się na kawałki. Widocznie w moim życiu nie ma miejsca na miłość.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, wiem. Moja wina, że rozdział ma dwudniowe opóźnienie :// Ale to wszystko przez to, że ten rozdział jest 13! Nie wierzę w zabobony, że czarne koty przynoszą pecha itd., ale 13 to naprawdę pechowa liczba! (strzeżcie się środy)
Może zacznę od początku. Otóż, czemu w sobotę nie było wpisu? Więc niestety brak czasu. Post był już napisany (no, końcówka nie do końca), ale nie miałam ani chwili czasu, aby go wstawić. W niedzielę za to, mój komputer zaczął przechodzić bunt. Tak kochani, BUNT! Już kończyłam pisać post kiedy komputer się zaciął i nic nie dało się zrobić. Ani wyłączyć, ani odświeżyć, kompletnie nic. Dopiero o 22 zaczął działać, ale było już za późno na kończenie rozdziału. I nadszedł poniedziałek. Rano już poprawiałam błędy na bloggerze, kiedy zadzwoniła do mnie przyjaciółka, że musimy się zbierać do szkoły. Tak więc... Jest jak jest, mam nadzieję, że mi wybaczycie :( :O
I pojawił się kolejny problem. Nie wiem czy z postem na środę się wyrobię, ponieważ w tym tygodniu składam papiery do różnych szkół i będę kompletnie zabiegana. Ale mam nadzieję, że się wyrobię :///
A tak z innej beczki, ktoś wybiera się do kin na ,,Łowcę i królową lodu"? Ja idę z przyjaciółką! :) Widzieliście obsadę? Łowcę zagra Chris Hemsworth, starszy brat Liama (Gale'a)! W filmie pojawi się również mój ukochany Sam Clafin (Finnick) w roli niejakiego Williama. <3 Tak więc obsada i zwiastun mnie zachwyca, oby film nie zawiódł ;)
Hmm... Może zapytam, jak Wam się podobał wpis? Jest dłuższy niż zwykle, ponieważ chciałam Wam wynagrodzić to opóźnienie. Tak, sprawcą całego zamieszania był Peeta i... Dora. Niektórzy zgadli już wcześniej :D
I jeszcze jedna wiadomość. Dora pojawiła się w zakładce ,,Bohaterowie". I co o niej sądzicie? Tak ją sobie wyobrażaliście czy może inaczej? :) Czekam na Wasze komentarze!
Dziękuję, że czekaliście na ten wpis <3
I... Do środy, kochani!
Viks

środa, 6 kwietnia 2016

Rozdział 12 -,,Strata"

Patrzę się tępo w kominek. Nie wiem, ile tak siedzę. Minutę? Godzinę? Dzień, tydzień, rok? Nic już nie wiem. Czarna mgła rozpaczy przesłania mi wzrok i powoduje, że nie jestem w stanie wykonać nawet najprostszych czynności.
Co to właściwie jest ból? Ale nie taki fizyczny. Jego doświadczyłam już za dużo, jednak mimo wszystko nie wiem, co to ból psychiczny… Kiedy boli cię i dusza, i serce. Nie potrafię tego ubrać w słowa. To jest za trudne. Teraz już wszystko jest dla mnie za trudne.

Pustka. Kolejna dziura w moim sercu. Jedna jest spowodowana brakiem Prim i innych bliskich mi osób. Teraz doszła do tego strata, która wypaliła kolejną. Nie wiem, ile jeszcze zniosę. Czuję, że jeszcze jedno potknięcie i po prostu zniknę. Załamię się i nic już po mnie nie zostanie. Nawet teraz obecna jestem tylko ciałem. Mojego serca nie ma, tak jak i mojej duszy.

Już nawet nie funkcjonuję. Nie widzę, nie słyszę, nie czuję. Ściany mojego domu w Dwunastce zagłuszają moje nocne krzyki, a w dzień tłumią mój płacz i opętane wrzaski, spowodowane tym, że już całkowicie sobie nie radzę.

Lecz tak było tylko przez dwa tygodnie. Aktualnie przeszłam w stan otępienia. Po prostu patrzę. Patrzę na kominek, w którym ogień trawi drewno, które niczym bezbronne dziecko, nie ma się jak bronić. Patrzę na świat za oknem. Marzec już dawno zmienił się w kwiecień. Świat budzi się o życia, rośnie trawa i rosną kwiaty. Wszystko się zmienia. Wszystko, tylko nie ja.

Chyba już każdy próbował ze mną rozmawiać. Nigdy nie odpowiadałam. Bo po co? Mam powiedzieć ,,tak, tak, wszystko jest w porządku i niedługo się pozbieram”? To kłamstwo. Już raczej nigdy się nie pozbieram. Nigdy nie wrócę do normalności. Zawsze będę zwykłą skorupą, pozbawioną myśli i emocji.

Jednak mimo wszystko, nie wierzę sama sobie. Gdybym była zwykłą skorupą, serce by tak nie krwawiło, a oczy nie wylewały strumieni, które już dawno wyschły. Jakaś cząstka mnie chce wyć z rozpaczy i najchętniej uciec do lasu. Jestem żałosna. Nawet tam już nie ucieknę. Po prostu nie potrafię.

Wiem, że powinnam wrócić do ,,normalności”. Johanna przeze mnie wylała wiele łez. To dziwne, bo przecież ona nigdy nie płacze. Do dziś pamiętam rozmowę Johanny i Annie sprzed tygodnia. Były wtedy w kuchni i szczerze rozmawiały, myśląc, że śpię na kanapie.

- Cieszę się, że przyjechałaś – szepcze Johanna.

- Po tym, jak wczoraj zadzwoniłaś i zaczęłaś płakać, że już sobie nie radzisz, musiałam przyjechać – mówi Annie.

- Przepraszam… Po prostu ja już sobie nie daję rady. Sądzę, że ona sobie niedługo coś zrobi. To moja przyjaciółka, a ja nie potrafię jej pomóc.

- Nie rozmawiałaś z nią? – pyta rudowłosa delikatnym głosem.

- Oczywiście, że rozmawiałam! Tylko ona ciągle robi to samo. Na początku ciągle płakała, a w nocy miała koszmary. Nie potrafię jej pocieszyć. Powiedzmy sobie szczerze, nie jestem Peetą. Nawet już nie funkcjonuje normalnie. Nie je, nie pije, wygląda jak trup. Ona już dłużej nie pociągnie.

- A Haymitch? On nic nie wskórał?

- Próbował z nią rozmawiać, jednak skończyło się na tym, że Katniss rzuciła w niego kubkiem, który o mało nie rozbił się na jego głowie. Przynajmniej jakoś zareagowała. Nawet to lepsze, od tego jej patrzenia w ściany.

- A dzwoniłaś do Peety? Wiem, że w tej sytuacji to trochę skomplikowane, ale może on jakoś pomoże…

- Już miałam do niego dzwonić, ale Katniss powiedziała, że jeśli to zrobię, nigdy już się do mnie nie odezwie. A wczoraj… Już po prostu nie wytrzymałam. Boję się o nią, Annie. Boję się, że ona coś sobie zrobi. Tak dłużej być nie może.

- Wiem. Miejmy nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy… O ile to w ogólnie jest jeszcze możliwe.


Czasami zastanawiam się, czemu ludzie odczuwają emocje. Czemu nie mogą po prostu kogoś stracić, chwilę pomyśleć i funkcjonować dalej? Czemu muszą tak cierpieć? Po co nam te wszystkie negatywne uczucia? Nie możemy na zawsze być już szczęśliwi lub chociaż obojętni? To niesprawiedliwe. Całe to życie jest niesprawiedliwe. Ciągłe błędy, upadki, straty… Po co nam to wszystko, skoro nawet na chwilę nie możemy być szczęśliwi? A może tylko ja przechodzę takie uczuciowe piekło?

Moje rozmyślenia przerywają otwierające się drzwi do domu. Widać nieproszony gość za nic ma moją prywatność.
Haymitch siada naprzeciwko mnie i uważnie mi się przygląda. Dopiero teraz zauważam, że od dawna nie czuję od niego smrodu alkoholu. Jakie zmiany.

- Gdzie Johanna, skarbie? – słyszę pytanie, lecz nie reaguję. Sądzę, że on zna odpowiedź na to pytanie, tylko chce mnie zmusić do mówienia. Marne próby. Ta rozmowa nie ma sensu. Jak wszystko inne w moim życiu.

- Może i nie obchodzi cię co inni o tobie myślą, ale ja martwię się o Johannę i chcę wiedzieć, gdzie się podziewa – mówi mój były mentor głośniejszym tonem. Wzdycham. Niech mu będzie.

- Wyszła – opowiadam krótko.

- Gdzie, jeśli mogę spytać? – dopytuje ironicznie.

- Nie wiem. Chyba do sklepu.

- Ach tak… Wiesz do czego doprowadziłaś? Johanna wcale nie wyszła do sklepu. Wyjechała do siódemki po leki uspokajające i wróci wieczorem – warczy Haymitch, wyciągając butelkę bimbru z kieszeni. Już podnosi ją do ust, kiedy wyrywam mu ją, a zawartość wylewa się na podłogę.

- Proszę, proszę, jaka wojowniczka. No prawdziwy Kosogłos się znalazł.

Ignoruję jego złośliwe uwagi i pytam:

- Po co jej leki uspokajające?

- Przez ciebie. W pewnym sensie, oczywiście. Martwi się o ciebie, Katniss. Twoje zachowanie przez ostatni miesiąc graniczy z szaleństwem. I tu już nie chodzi tylko o twój stan. Wszyscy dookoła troszczą się o ciebie. Ja, Johanna, Annie. Popracuj nad sobą. Nie uważasz, że już czas do nas wrócić, skarbie?

Powiedział i wyszedł. Po prostu. Nie dał mi nawet szansy odpowiedzieć. Cały Abernathy.

Zastanawiam się nad tym, co powiedział. Czy to prawda, że do tego stanu doprowadziłam twardą jak skałę Johannę? Zwyciężczynię z Siódemki? A przede wszystkim, moją przyjaciółkę?

Dopiero teraz uświadamiam sobie, że Haymitch ma racje. Przez ten cały miesiąc kompletnie się wyłączyłam. Nie odpowiadałam. Traktowałam innych jak powietrze. Nie zwracałam na nich uwagi. Nie pytałam, co u nich i jak się trzymają.
Zachowałam się jak zwykle. Egoistycznie. Samolubnie. Irytująco. A oni tak bardzo się o mnie martwili… Próbowali rozmawiać, lecz ja wolałam sądzić, że to ja jestem najbardziej skrzywdzona przez los, nie oni. Że to ja straciłam najwięcej. Tatę. Rue. Prim. Mamę. Gale’a. A teraz Peetę.

Wiem, że dla dobra innych i przede wszystkim mojego zdrowia, powinnam wrócić. Jednak nie wiem, czy potrafię. To takie trudne… Mam nadzieję, że będę potrafiła. Powinnam przeprosić Annie, Haymitcha i przede wszystkim Johannę. Przeze mnie podupadła na zdrowiu. Mam nadzieję, że mi wybaczy. Bo tak naprawdę tylko ona mi została. Nie ma nikogo innego. Nawet Peety.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, hej, kochani! Jak Wam mija tydzień? A jak szóstoklasiści? Mam nadzieję, że wczorajszy test poszedł Wam jak najlepiej! ;)
Przejdźmy zatem do rozdziału :DD Mam nadzieję, że się Wam podobał! ;))) Starałam się go tak napisać, aby Was zaciekawić, ale jednocześnie nie ujawniać o co do końca biega i mam nadzieję, że nawet, nawet mi się to udało :)
A i nie pytajcie o co chodzi... :") Nie mam zamiaru spojlerować, wszystko niedługo się wyjaśni... (a może nie?) Nie no żartuję, ale fabuły Wam nie zdradzę! :"")
To tyle z dzisiejszych ogłoszeń. Zapraszam do komentowania, bo dzięki Waszym cudnym komentarzom chce mi się pisać dalej :) W komentarzach możecie również pisać co powinnam zmienić w swoim blogu, wszystkich rad chętnie wysłucham! :)
Do soboty czytelnicy! :* <3
Viks

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 11 - ,,Gwiazdy"

Siedzimy na tarasie i kończymy dopijać mleko z miodem. Jest już późno, gwiazdy świecą na niebie jasnym blaskiem. Wiem, że gdzieś tam z góry patrzy na mnie Prim i jest ze mnie dumna. Zawsze uważała, że powinnam naprawić swoje relacje z Peetą. Szkoda, że nie ma jej w tym momencie ze mną.

Ciekawe, czy Rue też jest gdzieś pomiędzy gwiazdami. Czy zaprzyjaźniła się z Prim? Zawsze uważałam, że są do siebie podobne. Nie z wyglądu, lecz z charakteru. Obie tak samo delikatne i wrażliwe. Pełne uroku i czegoś, co sprawiło, że kiedy odeszły, zabrały ze sobą cząstkę mnie.

- O czym tak rozmyślasz? – pyta mnie Peeta.

Dopiero teraz zauważam, że od dawna mi się przygląda. Jego oczy, tak jak ostatnio, odbijają blask gwiazd. Zaprosił mnie dziś do siebie i jak zwykle, rozmawialiśmy cały dzień. Pod wieczór poszliśmy na taras, a Peeta zrobił mleko z miodem.

- Zastanawiam się, co się kryje w tych gwiazdach. Czy jedną z nich jest Prim? A może Rue lub tata? Przyglądają mi się? – mówię szczerze i momentalnie płonę ze wstydu – Znaczy… Wiem, to dziwnie brzmi.

- Wcale nie – odpiera Peeta – Też się kiedyś zastanawiałem, czy tata, mama, Sam i Jack mi się przyglądają.

- Sam i Jack? To twoi bracia, prawda? – staram sobie przypomnieć braci Peety. A już pamiętam. Wszyscy byli prawie jednakowi, blond czupryny i niesamowite, niebieskie oczy.

- Tak – wzdycha Peeta. Wiem, że jest mu ciężko. Cała jego rodzina zginęła w wyniku bombardowania Dwunastki - Sam był starszy. Wiesz, pracował w kopalni, palił i te sprawy. Zawsze mi doradzał. A Jack zawsze był synkiem mamusi. Nie musiał pracować w piekarni, bo za młody, a na imprezy to go puszczano. Jakoś ja w jego wieku musiałem już pracować. Mi i Samowi nigdy się to nie podobało, ale nic nie mówiliśmy. Wiedzieliśmy, że jak matka się na coś uprze, to nie da na nią rady.

- Peeta, a wiesz może… Wiesz, czy znaleziono… - jąkam się, nie wiedząc jak to powiedzieć.

- Czy znaleziono ciała? – pyta, na co kiwam głową – Tak, mamy, taty i Jacka. Jak byłem w Trzynastce to dowiedziałem się, że podczas bombardowania w piekarni byli tylko oni. Sam prawdopodobnie był wtedy w kopalni, ale ona się zawaliła, więc ciała zostały zakopane.

- Przykro mi… - jest mi strasznie głupio. Ja codziennie wylewam przed nim swoje smutki, że Prim odeszła, tata zginął, mama wyjechała, a nigdy nie zapytałam go o jego rodzinę i jak on sobie radzi. Cóż, chyba egoistką zostanę do końca swojego marnego życia.

- Przestań ciągle mówić, że jest ci przykro. Wszyscy straciliśmy bliskich – szepcze Peeta, po czym zerka na niebo – A jak twoje koszmary? Zniknęły?

Milczę. Jak może myśleć, że zniknęły? Że kiedykolwiek znikną? Absurd.

Peeta łapie mnie za brodę, zmuszając do spojrzenia mu w oczy.

- Co się dzieje Katniss? – szepcze.

- One nie znikną Peeta. Nigdy. Kiedy byłeś przy mnie, skutecznie je odganiałeś. A teraz? Jest jeszcze gorzej. To nie twoja wina, tak po prostu jest. Nie wiem, czemu przy tobie jest inaczej – wyrzucam na jednym wdechu. Peeta parzy na mnie uważnie po czym zamyka oczy.

- Jak ty byłaś przy mnie, czułem to samo. We śnie śniłem, że stracę ciebie, ale jak byłaś obok… Po prostu wiedziałem, że jesteś bezpieczna. A dla mnie tylko to się liczy.

Czuję, jak moje oczy się szklą, więc szybko mrugam. Czyli jednak jestem dla niego ważna. Może jeszcze nie wszystko stracone?

Rozmawiamy jeszcze trochę, po czym wstaję i zaczynam się zbierać.

- Nie wychodź – mówi Peeta i łapie mnie za rękę.

Patrzę na niego zdziwiona, na co delikatnie się rumieni i szybko odpowiada.

- Jest noc, to niebezpieczne teraz wychodzić. Mam dwie sypialnie. Przenocujesz w jednej.

- Ale…

- Nie ma żadnego ,,ale". Odprowadzę cię rano.

***

Płonę.

Wszystko mnie boli. Leżę nieruchomo, lecz czuję, jakbym ktoś rozrywał mnie od środka. Otwieram powoli oczy, jednak ból jest tak porażający, że łzy momentalnie mi wypływają. Z wielkim trudem przekręcam się na brzuch, jednak ponownie wrzeszczę. Mam wrażenie, że w brzuchu mam wielką raną, w którą ktoś włożył nóż i zaczął nim poruszać.

Robię kilka wdechów i staram się nie krzyczeć. Kolejny raz unoszę powieki i widzę plac pełen dzieci ubrane w stroje ratowników. Na samym brzegu stoi Prim.

Nie! Staram się nie panikować, ale nie mogę. Wiem, co się zaraz stanie. Spadną bomby i moja mała Prim zginie…

Szybkim ruchem staję na nogi, co powoduje, że robi mi się ciemno przed oczami. Zerkam w dół, ale to co widzę, sprawia, że krzyk zamiera mi na ustach. Pod nogami widzę kałużę krwi, a na łydce głębokie rozcięcie, przez które widać kość. Robi mi się niedobrze, więc zwracam zawartość żołądka na ziemię.

Nagle słyszę brzęczenie nad moją głową, więc szybko zerkam w tamtą stronę. Widzę małe spadochrony, które spadają na dzieci. Nie, nie, nie…

Spoglądam szybko na Prim, która w tym samym czasie zerka na mnie.

- Prim! Uciekaj! Uciekaj, błagam cię! – wrzeszczę jak opętana.

Prim patrzy na mnie dziwnie.

- Nie mogę, Katniss! Jak pomogę dzieciom, to do ciebie wrócę!

- Prim, nie! Nie możesz! Uciekaj! – krzyczę, lecz wiem, że to i tak nie ma sensu.

Nagle zamieram. W kierunku Prim zbliża się Peeta. Łapie ją w czasie, kiedy spadają spadochrony.

Oboje płoną.

Umierają.

Z poświęcenia i pomocy.

- Nie! – krzyczę i rzucam się w ogień, aby już na zawsze być z nimi. Na zawsze tylko z nimi.


- Katniss! Obudź się.

- Nie! Ja nie chcę! Na zawsze chcę być z nimi! Puść mnie, chcę iść do Prim i Peety! Kocham ich, chcę być tylko z nimi! – szarpię się.

- Katniss, jestem tu. Ćsi… – dopiero teraz dociera do mnie, że Peeta trzyma mnie w swoich ramionach i delikatnie kołysze.

- Ty żyjesz… - szepczę i wybucham płaczem. Blondyn przejeżdża dłonią po moich włosach i ciągle przytula.

- Żyję, jestem tu. To był tylko sen.

- Wiem, ale ty i Prim… - szlocham.

Nie wiem ile minęło, ale wreszcie się uspokajam. Zdejmuję głowę z klatki piersiowej Peety i patrzę mu w oczy.

- Przepraszam – szepczę – Ten koszmar był straszny i dziękuję ci za to, że do mnie przyszedłeś, ale nie chciałam cię budzić.

- Nic się nie stało. Strasznie krzyczałaś, że chcesz wrócić do Prim i do mnie, bo nas kochasz.

Delikatnie się rumienię.

- Przepraszam, nie chciałam tego mówić.

- Czyli to nieprawda? – Peeta patrzy na mnie i delikatnie marszczy czoło. Wygląda na smutnego i... Zawiedzionego.

Milczę, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa.

- Odpowiesz? Proszę.

Nie wiem, co mam odpowiedzieć. To, co krzyczałam, było prawdą. Jednak czy Peeta tego chce?

Wzdycham. Zaryzykuję.

Podnoszę na niego wzrok i przybliżam swoją twarz do jego. Nasze usta łączą się w delikatnym pocałunku, a ja znowu czuję to co w jaskini i na plaży. Głód. Peeta kładzie swoje dłonie na moich policzkach i pogłębia pocałunek. Wplatam palce w jego włosy i przyciągam go jeszcze bliżej. Potrzebuję tego. Potrzebuję Peety, aby przetrwać. Więc kiedy odrywamy się od siebie, pytam:

- Zostaniesz ze mną?

Odpowiada:

- Zawsze

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ach... Te zakończenia... <3
Witajcie, kochani! I jak Wam się podobał ten wpis? Co o nim sądzicie? Ja powiem szczerze, że mi osobiście ta notka się podoba :) Ale Wasza opinia jest oczywiście najważniejsza ^^
Chciałabym Wam podziękować, za tyle komentarzy pod poprzednim postem. Jest ich aż 33! No może i łącznie z moimi odpowiedziami, ale to i tak rekord! Tak trzymajcie, dzięki komentarzom wiem, że wam się podoba i że czytacie! A wyświetleń jest już ponad 5 000! Pięć tysięcy w miesiąc, kochani! Nawet nie wiecie, jaka jestem szczęśliwa! <3
Mam nadzieję, że ten wpis również będziecie tak aktywnie komentować :)
Do środy, moi drodzy! ^^
Viks